1. Paris (czyli Niebo nad Paryżem) – mimo wszystko, jak to mawia klasyk, nuda. Mam wrażenie, że już to kiedyś mówiłem/pisałem, ale na Posejdona – ile jeszcze można zrobić filmów w schemacie “bierzemy kilka niezwiązanych ze sobą historii, a potem je ze sobą zderzamy”? Nie przeczę, kilka ciekawych scen nawet tu znalazłem, Juliette Binoche zawsze jest w formie (ale też zbyt wiele do zagrania tu nie miała), ale jak na film o takim tytule za mało było tu miasta. Zdecydowanie najciekawsze były sekwencje ze starszym profesorem, opowiadającym o historii Paryża, gdzie choć na moment czuć było klimat francuskiego bruku. Poza tym – za długo, zbyt monotonnie, zbyt rozwlekle i w gruncie rzeczy o niczym. Aha, jest jedna bardzo ładna pani.
  2. Burn after reading (czyli Tajne przez poufne) – śmieszne, ale liczyłem na coś więcej. Od strony aktorskiej jest bomba, nawet nie wiem, kogo wyróżnić, bo praktycznie każdy (Pitt, Clooney, Malkovich, Swinton, McDormand) daje na swój sposób radę, ale poza tym jest jakoś tak, hm, średnio. Cała historyjka jest taka sobie, pewnie jednak wszyscy chcieli się trochę pobawić na planie i odreagować wcześniejszą produkcję. Szkoda, że widzowie bawią się trochę gorzej. Jest co prawda trochę charakterystycznego dla Coenów czarnego humoru, ale tylko bardzo trochę.
  3. Quantum of solace (czyli Quantum of solace) – oho, naprawdę fajny jest ten Bond! Wiem, że dla wszystkich otrodoksyjnych wyznawców 007 to straszny zamach na wszystkie świętości i czują się pewnie tak, jakby ktoś osobiście obraził im matkę, ale co poradzę, że mi się podoba. Z tym nowym Bondem to jest u mnie jak z nowym Batmanem – to jest właśnie to. Taki on prawdziwszy, bliższy życia, bardziej realistyczny (wiadomo, że trochę musi poskakać po dachach, ale jednak nawet się zranić przy tym potrafi), a przede wszystkim okazuje się, że w gruncie rzeczy to całkiem z niego wrażliwy facet (mimo, że jak każdy prawdziwy wrażliwy facet udaje, że ani trochę wrażliwy nie jest). Cierpi, upija się ze smutku, a nie dla lansu, no i jest sam przeciwko wszystkim. Prawie jak bohater romantyczny. I już wcale tak za dziewczynami nie lata, mimo, że Olga Kurylenko jest całkiem spoko (mimo, że zachwytów mojego brata nie podzielam; brunetki to nie mój typ, sory).

W kolejce czekają Choke, The Wrestler, Vicky Cristina Barcelona i Blindness.

Leciutko jestem spóźniony, bo inauguracja jubileuszu już się zaczęła, ale i tak jeszcze sporo przed nami.

W bieżącym roku poznańskie kino obchodzi 100-lecie swoich “urodzin” i obchodzi to bardzo hucznie, bo dokładnie na 100 dni do Sylwestra rozpoczęło dziś cykl prezentacji dokładnie 100 filmów. Za dużo by opowiadać o wszystkim w szczegółach, bo prawie każdemu z filmów można by poświęcić osobny wpis, a cały plan znajdziecie tutaj

Miłośników kina (nie tylko Kina Muza) specjalnie przyciągać nie trzeba. Dla niezdecydowanych i niezorientowanych, napiszę tylko, że w urodzinowym cyklu będziemy mieć okazję zobaczyć na dużym ekranie co najmniej kilka filmów, których nie tylko nie sposób szukać w repertuarach innych kin, ale także trzeba mieć nie lada szczęście, aby odnaleźć je w tv bądź dvd. Już w najbliższym tygodniu, w pierwszej puli, pod nazwą “Historia kina”, zaprezentowane będą m.in.: Pancernik Potiomkin, Błękitny anioł, Metropolis czy Dyktator. Oj, już widzę jak mój portfel chudnie ;)

A jeśli nie wystarczą tytuły, zajrzyjcie tam dla samego klimatu miejsca. To nie tylko najstarsze nadal działające kino w Poznaniu, ale przede wszystkim kino z niezwykłą atmosferą, które się pamięta i gdzie po prostu lubi się powracać. Kojarzy mi się od zawsze z Cinema Paradiso, a to chyba rekomendacja najlepsza z możliwych.

KNO popiera (czasami) również wyższą odmianę kultury. Przybywajcie zatem do Muzy, bo może nawet uda wam się spotkać tam mnie ;)

Co byś zrobił ze światem? Spaliłbym go!

Wreszcie udało mi się dotrzeć do kina (mimo, że mam je praktycznie po drugiej stronie ulicy) i zobaczyć długo wyczekiwanego Mrocznego rycerza. W tym czasie multipleks zdążył już wywietrzeć z tłumów, a ja ponownie zaobserwowałem, że samotna wycieczka na film, nie jest wcale taka cool. Spokojnie, KNO nie przemienia się w emoblog. Thanks God, mamy blogosferę, gdzie mogę sobie poużywać ;)

Najpierw małe wprowadzenie. Kiedy na początku lat 90. do Polski przybyły pierwsze amerykańskie komiksy, wydawane pod jakże zgrabnym szyldem TM Semic, podzieliłem się z bratem superbohaterowymi fascynacjami. On kolekcjonował Spider-Mana, a ja Batmana. Pamiętam też, kiedy pierwszy raz przeczytałem i obejrzałem Mrocznego Rycerza w wersji Franka Millera. To był ten styl mściciela z Gotham, który najbardziej mi odpowiadał. Oczywiście, kiedy pojawiły się ekranizacje autorstwa Tima Burtona, byłem zachwycony, ale dziś myślę, że chyba dlatego, że nie miałem porównania. Niektóre elementy tej historii pominę milczeniem, bo po co się denerwować wspominając to, co powyczyniał Joel Schumacher. A potem stała się jasność i nadszedł Nolan ze swoją świtą. A właściwie zapadł mrok.

Mrok, tego właśnie szukałem, to najbardziej pociągało mnie w postaci Batmana. Burtonowska wizja była dla mnie trochę zbyt kolorowa, to nie był mój jarmark. Nolan był gościem, który mógł sprostać zadaniu zmierzenia się z ciemną stroną duszy Człowieka-Nietoperza. Lubię jego spojrzenie i zaangażowanie w kino, mam satysfaakcję z gry, którą reżyser bardzo umiejętnie prowadzi z widzem. Dobrze się razem bawimy. No to juz chyba nie będzie zaskoczenia, że i tym razem było dobrze i że napiszę coś dobrego.

Powiem krótko – rozrywka na wysokim poziomie, nawet się zdziwiłem, że to aż 152 minuty, tak to sprawnie nakręcone. Odpuszczę sobie zachwyty nad warstwą techniczną, bo wiadomo, że jak się ma wysoki budżet, to można kupić najlepszych specjalistów, zrobić świetne zdjęcia, nagrać znakomity dźwięk i jeszcze to wszystko mistrzowsko pomontować. I się udało. Dodam jeszcze, że efekty specjalne są tam, gdzie być powinny, nie są przesadzone i nie przeszkadzają. Ale klimat, o to mi chodziło. Oh yes, you made my day ;)

Można z całą pewnością, że po tym filmie słowo “szaleństwo” nabrało całkiem nowych znaczeń. Oto przeciwko Batmanowi stanęło dwóch największych psycholi, o jakich słyszał świat. Joker i Two-Face.

Najpierw ten pierwszy. Wiem, że w obliczu śmierci Heatha Ledgera, pisanie o jego roli jest balansowaniem na granicy kiczu i nastolatkowej fascynacji zmarłym idolem. Ale siedząc dziś w kinie w ogóle nie myślałem o tym, że mam przed sobą jakiegoś aktora. Widziałem tylko wielkiego świra, wariata i psychopatę. Scena ze “znikającym” ołówkiem autentycznie mnie przeraziła. Joker nie był tu żadnym klaunem, to był perwersyjny anarchista, czerpiący satysfakcję z braku poszanowania dla reguł i zasad. Pewnie, że pamiętam Jacka Nicholsona z pierwszego Batmana. Ale właśnie, pamiętam, że to był Wielki Jack. Ten Joker pozostanie dla mnie tylko i aż Jokerem. Postacią do cna chorą i przerażającą. Za parę lat będzięcie nią straszyć swoje dzieci.

Two-Face wcale nie jest gorszy, choć długo się rozkręca. Aaron Eckhart daje radę. Bardzo podobała mi się jego charakteryzacja po wypadku, taka odrealniona, bliska komiksowym wyobrażeniom. W tym szaleństwie naprawdę jest metoda.

Na plus odbieram również wymianę aktorki grającej Rachel Dawes. Niech Katie Holmes zajmuje się jednak rodziną i kościołem scjentystów, bo w poprzedniej części była zdecydowanie zbyt drewniana. Co prawda Maggie Gyllenhaal też nie ma zbyt wielkiego pola do popisu, ale i tak bardziej mnie przekonuje.

I wreszcie Jego Mroczność w pełnej krasie. Bale jaki jest, wszyscy wiemy, poniżej pewnego poziomu nie schodzi. Ważniejsze było dla mnie, jak Nolan poprowadzi tym razem postać. I przez dłuższą część filmu byłem rozczarowany. Batman był zbyt jednowymiarowy, niemal przezroczysty. Wydawał się rycerzem bez skazy, tak jakby zapomniano o tym, że jest przecież Mrocznym Rycerzem. Ale sama końcówka wynagrodziła moje oczekiwanie. Mrok ponownie zapanował nad światem. Batman różni się od innych superbohaterów tym, że tak naprawdę nie ma żadnych nadprzyrodzonych mocy i jest po prostu Brucem Waynem, ze wszystkimi jego słabościami. Ta część jego osobowości jest najbardziej fascynująca i bardzo bym sobie życzył, żeby w tę stronę eksploatować dalej Gotham i okolice.

Gdy wyszedlem z kina, z niewiadomych powodów wydało mi się, że Sonic Youth będzie w stanie utrzymać ten nastrój. Idąc z Evol w uszach przez mroczne osiedle, wyobrażałem sobie jak wszystko płonie. Jakże plastyczna wizja. Chyba Nolan osiągnął to, co chciał.

Dziś bez części video, żeby nie psuć przyjemności tym, którzy jeszcze nie byli w kinie.

Przyspieszamy.

Jeszcze jeden film. Jeszcze jeden amerykański film. Jeszcze jeden amerykański film z kręgu kina niezależnego. Tym razem jednak – reprezentant nurtu nazwanego „mumblecore”.

Ale zanim, to przez chwilkę sobie pofolguję (bo w końcu od tego jest blog ;) Jestem zwierzakiem typowo miejskim. W mieście czuję się najlepiej, wśród knajp, przystanków, autobusów, tramwajów, kamienic, rynków i targów i wszelkich innych przejawów kultury miejskiej i ulicznej. I dlatego właśnie z największą uwagą przyglądam się dziełom twórców, którzy równie chętnie, jak ja, pochylają się nad bytem miejskim. Bo chyba nikt nie wątpi w to, że miasto jako takie jest tworem autonomicznym, posiada własną osobowość i inne przymioty, żyje, oddycha etc?

Quiet city, jak sama nazwa wskazuje, jest miastem cichym i bardzo spokojnym. Pewnie nigdy nie wpadlibyście na to, że głównym bohaterem tej produkcji jest Nowy Jork, a przede wszystkim Brooklyn. To jednak nie Wielkie Jabłko jakie się kojarzy z serwisów informacyjnych, z samochodami stojącymi w korkach czy tłumem przechodniów na ulicach. NYC, o dziwo, wydaje się tutaj niemal prowincjonalny, nie licząc może stacji metra ;) A jednak i ta twarz miasta okazuje się być wielce intrygująca.

Słów kilka jeszcze o samym nurcie. Mumblecore powstało w początkach XXI wieku i odnosi się do bardzo niskobudżetowych produkcji (często kręconych przy użyciu kamery cyfrowej), które to skupiają się osobistych relacjach międzyludzkich, a bohaterami zazwyczaj są młodzi w okolicach 20-30 lat, scenariusze opierane są na improwizacjach, a aktorzy są amatorami (czyli nieprofesjonaliści z pasją – cytuję za wiki). W taki właśnie sposób powstało Quiet city – reżyser Aaron Katz skrzyknął ekipę, z którą współpracował już przy okazji swojego debiutu, Dance Party USA, i nakręcili film w przeciągu 8 dni! Rzecz jasna, za zupełnie symboliczne pieniądze.

Historia jest banalnie prosta. Jamie przyjeżdża do NY odwiedzić swoją przyjaciółkę, która nie odbiera telefonu. Przypadkowo spotyka na stacji metra Charliego i prosi go o pomoc w znalezieniu pewnej restauracji, w której były umówione. I to właściwie tyle. Para spędza ze sobą następne 24 godziny, które upływają im głównie na gadaniu, jedzeniu, łażeniu po mieście i spotykaniu innych ludzi. Czyli – jak to zazwyczaj w życiu. Żadnej nadętej symboliki, metaforyki czy innych trudnych, ponadtrzysylabowych słów ;) Po prostu życie w jego najprostszej i najbardziej oczywistej miejskiej postaci.

O formie nie ma się co za bardzo rozpisywać, bo jest raczej jasna. Długie ujęcia, najczęściej skupione na twarzach rozmówców, czasami przeplatana subtelnymi impresjami złożonymi z kadrów drzew i ludzi wypoczywających w parku. Urzekająca i ujmująca prostota.

Momentami można się poczuć jak podglądacz, który wszedł z kamerą w tę relację, ale to tylko złudzenie. W gruncie rzeczy film jest na tyle delikatny, że nie budzi żadnych negatywnych asocjacji.

Jazda obowiązkowa dla wszystkich fanów miejskości i potajemnie marzących o Nowym Jorku. Poza tym całkiem przyjemna pozycja na niezobowiązujący wieczór. Wieczór, zupełnie jak z Quiet city. Bo takie historie zdarzają się czasem każdemu i codziennie.

Aha, miłośnicy Linklatera i jego Przed wschodem słońca i Przed zachodem słońca, też nie będą rozczarowani. Próbka klimatu:

Pora powrócić do świata żywych i blogujących. Trochę się działo ostatnio, w klimatach całkiem różnych i różniastych, zaległości też się wcale sporo nazbierało. Do rzeczy.

Z niejakim opóźnieniem, ale lepiej późno niż wcale, pojawił się w naszych kinach nowy film Gusa van Santa, Paranoid Park. Chyba nie ma potrzeby prezentować w tym miejscu sylwetki pana reżysera, kto ma wiedzieć, ten wie. A kto nie wie, ten niech się dowie, że jest on kimś na kształt ikony amerykańskiego kina niezależnego. Drugstore Cowboy, Moje własne Idaho, Za wszelką cenę, Buntownik z wyboru, Gerry. Wystarczy. Jeszcze Słoń oczywiście, ale ten film akurat pojawi się jeszcze poniżej, bo nie da się pisać o Paranoid Parku nie nawiązując do tej wcześniejszej produkcji.

Obraz powstał na podstawie noweli Blake’a Nelsona, nieszczególnie znanego autora książek dla dzieci i dorosłych (jako rzecze Wiki). To historia młodego amerykańskiego chłopaka (Alexa) z przedmieść Portland, z całkiem typowymi problemami, jak na okres dorastania. Rodzice się rozwodzą i są zajęci tylko sobą. Ma paru kumpli od deski, ma dziewczynę, ale ją interesuje tylko seks (o tempora, o mores!). W gruncie rzeczy w jego życiu nie dzieje się nic, aż do pewnej nocy, kiedy to wybiera się na tytułowy Paranoid Park, który jest ulubionym miejscem spotkań skate’ów. To takie na poły legendarne miejsce w Portland, trochę owiane tajemnicą, ale każdy młodzieniec z deską pod pachą ma nadzieję pojawić się tam w sobotni wieczór. Choćby tylko po to, żeby popatrzeć sobie na trochę starsze dziewczyny.

Po wydarzeniach, które rozegrały się tamtej nocy, Alex zaczyna mieć problemy z percepcją rzeczywistości. Żeby się w jakikolwiek odnaleźć, próbuje spisać swoje przeżycia w liście do przyjaciółki, który tak de facto ma kształt pamiętnika. Oczywiście charakter tego pisania w linii prostej przekłada się na aktualny stan emocji bohatera (pozwólcie, że nie będę tu wnikał w złożony świat badań nad relacji pomiędzy autorem a podmiotem czynności twórczych ;) Mało tego – van Sant niezwykle ambitnie założył sobie, że on również sposobem narracji spróbuje oddać psychikę głównego bohatera.

I tutaj na myśl przychodzi od razu Słoń. Poprzez to porównanie, Paranoid Park wydaje się niestety nieco tracić na wartości, bowiem oba filmy są formalnie bardzo do siebie podobne. Zbliżony sposób kadrowania, zaburzenia chronologii, alinearna narracja, podobne prowadzenie postaci i stopniowe włączania widza w akcję na zasadzie jej pełnoprawnego uczestnika. Nie zabrakło także tak charakterystycznych dla van Santa długich równoległych jazd kamery, specyficznego niedoświetlenia zdjęć i nietypowego doboru muzyki. Dźwięk początkowo wydaje się zupełnie nie pasujący do wizji, ale po pewnym czasie staje się jasne, że to tylko środek prowadzący do dodatkowego rozbicia filmowej układanki. Obrazki porozrzucane są na wszystkie strony.

Ale też i obrazy są w tym filmie najważniejsze. Płyną jak strumień, bez początku i końca, plastycznie poddając się kształtowaniu ich przez widza. Nastawione na estetyczny subiektywizm, nie opowiadają w gruncie rzeczy żadnej historii, ale są elementem wewnętrznego świata impresji i wrażeń. Snują się powoli, zatrzymując w kadrze to, co najbardziej ulotne.

Warto podejść do Paranoid Parku właśnie w ten sposób. Chłonąc zdjęcia, stając się ich aktywnym elementem. Edit: zapomniałem wczoraj dopisać o czymś niezwykle ważnym – autorem zdjęć jest Christopher Doyle!

Jak zwykle, mały aperitif:

Dziękuję, lepiej. Wróciłem do w miarę regularnego oglądania, a statystycznie rzecz biorąc – im więcej obejrzę, tym większa szansa, że trafię na jakiegoś gniota. No to dzisiaj sobie poużywam, za co wszystkich nadwrażliwych przepraszam. Z góry ostrzegam, KNO będzie bardzo na ostro.

Tym razem obeszło się bez specjalnych oczekiwań, to miał być po prostu przyjemny wypełniacz wieczoru, z choćby minimalną dawką emocji i w miarę wartką akcją. Czyli w sumie tylko i aż tyle, na co można liczyć zasiadając do seansu nieszczególnie wysokobudżetowego kina sensacyjnego. Nazwisko reżysera mi co prawda niewiele mówiło, ale za to jaka obsada! Dennis Quaid, Matthew Fox, Forest Whitaker, William Hurt, no i Sigourney Weaver. Powinno wystarczyć? Powinno, ale nie wystarczyło.

Vantage point kreatywny polski tłumacz przełożył jako 8 części prawdy. Pal licho, nawet się nie czepiam, filmu nie uratowałby nawet tytuł w rodzaju Eternal sunshine of the spotless mind/Zakochany bez pamięci. Koncept wydaje się całkiem sensowny. W Hiszpanii ma miejsce antyterrorystyczny szczyt, na który przyjeżdża prezydent wszechpanującej nam Ameryki (Hurt). Oczywiście, terroryści nie zamierzają się poddać i w trakcie głównych uroczystości, na placu pełnym ludzi dokonują zamachu na głowę państwa. Jest im o tyle łatwiej, że mają wtyczkę w prezydenckiej ochronie (Fox, czyli Jack z serialu Lost). Mamy również “dobrego policjanta”, czyli oddanego sprawie, jak co najmniej John McClaine, osobistego ochroniarza (Quaid). Pojawia się również amerykański turysta (Whitaker), który wszystko filmuje amatorską kamerą cyfrową. A teraz to, co miało być najważniejsze – wydarzenie to widz ogląda z perspektywy każdego z bohaterów, co jakoby ma się przyczynić do ukazania zawiłości tych zdarzeń, a równocześnie ma przybliżyć odbiorcę do “prawdy”. Czyli w skrócie, miał to być taki Rashomon dla ubogich.

Pomysł nie był zły, ale z wykonaniem już znacznie gorzej. Przede wszystkim zawiódł reżyser, który wyłożył się warsztatowo. Utrzymanie uwagi widza przy takiej konwencji jest trudnym zadaniem, nie wystarczą dobre chęci, szczególnie jeśli oglądane na ekranie wydarzenia są, delikatnie mówiąc, mało wciągające. Jak się domyślam, ambitne założenie było takie, że każda kolejna perspektywa miała odsłaniać nowe zawiłości intrygi. Niestety, średnio rozgarnięty gimnazjalista wpada na trop najdalej przy “drugiej części prawdy”, w związku z czym koncept upada. A do końca filmu daleko. Niestety, trudno skupić uwagę na czymkolwiek innym, jeżeli odpada najważniejszy dla tego rodzaju kina, element zaskoczenia.

O błędach logicznych nawet nie piszę, bo nie będę się znęcał. Za to muszę pochwalić montażystów, szczególnie za całkiem niezłą scenę pościgu samochodowego. Żeby jednak nie było za dobrze, jakiś geniusz popsuł ją zupełnie odrealnionym fragmentem potężnej kraksy, z której bohater wychodzi zupełnie bez szwanku (a pojazd do kasacji). Ok, wiem, że to kino rozrywkowego, ale to przecież nie Terminator!

Do gry aktorów przyczepić się nie można, no może Fox jest trochę drewniany, ale nieprzesadnie; można go przełknąć, a dla fanów Lost to pewnie ważny argument dla kupienia biletu. Powiem jednak więcej – po co do tak papierowych ról zatrudniano znakomitości w stylu Hurta czy Weaver (to już zupełne kuriozum, miała tyle do grania, że gdyby zastąpiła ją Kinga Rusin, nikt by nie zauważył). Najbardziej szkoda mi było biednego Whitakera, który męczył się niemiłosiernie, szczególnie w scenie telefonicznego godzenia się z małżonką. Wyglądał, jakby zgrzytał zębami ze złości, a ja razem z nim.

A na finał, reżyser zafundował nam wszystkich sztuczkę pod dobrze znanym tytułem: mam dużo wątków, które biegną w różnych kierunkach, więc jednym ruchem je połączę. Widać zapatrzył się na pseudoartystyczne produkcje w rodzaju Crash albo Babel i zapragnął być równie postmodernistyczny (?). Efektu nawet nie ośmielę się komentować. Napiszę tylko, że wprost nie wierzyłem, że naprawdę widzę to, co widziałem. Absurd i zatrważający brak logiki poszatkowany hiperpatetycznym amerykańskim patriotyzmem. Ble.

Polecam tylko najbardziej wytrwałym miłośnikom kina klasy B.

Budzisz się rano i już wiesz, że ten dzień nie przyniesie ci nic nowego. Pójdziesz do pracy, która nikomu nie jest do niczego potrzebna. Spełnienie? Już dawno zapomniałeś, że takie słowo istnieje. Jesteś zwykłym wielkomiejskim frajerem, który spędza czas na żmudnej papierkowo-komputerowej robocie. Na dodatek masz gburowatego szefa, który nigdy nie jest z ciebie zadowolony, a dodatkowo obarcza cię najgorszymi zadaniami. Nikt cię nie lubi, więc rozmawiasz tylko ze swoimi rybkami (i tak już zdechłymi). Jakby tego było mało, nie masz dziewczyny i pewnie nigdy nie będziesz miał, bo jesteś nieatrakcyjnym, zakompleksionym i spiętym dupkiem. Swój ideał znasz tylko z przelotnego spotkania podczas przerwy śniadaniowej. Więc właściwie jaki jest sens twojej marnej egzystencji?

Znajome? Tak wygląda życie Boba, bohatera filmu He was a quiet man (Spokojny człowiek).  Produkcja ta nie była prezentowana w polskich kinach, a jej premiera dvd przeszła trochę niezauważona. Nie jest to może wielkie kino, ale rzecz mimo wszystko warta choć drobnej uwagi.

Frank Capello, główny autor filmu, nie jest reżyserem z pierwszej półki Hollywood (to dopiero jego trzecia produkcja), a do tej pory najbardziej był znany jako scenarzysta Constantine. Nie można jednak odmówić mu talentu i skłonności do kreślenia bardzo ironicznego obrazu współczesnego, miejskiego człowieka. Bardzo trudno zaklasyfikować Spokojnego człowieka – czarna komedia? komediodramat? dramat? Chyba wszystkiego po trochu, jednak mimo, że reżyser (i zarazem scenarzysta) bardzo stara się o proporcjonalne rozłożenia akcentów i nie brak tu momentów humorystycznych, to jednak znacznie więcej w nim czarnego koloru.

Bob (w tej roli zupełnie niepodobny do siebie Christian Slater) jest encyklopedycznym wręcz wzorcem nieudacznika i życiowego frajera, szkolnym i biurowym popychadłem. Jedyne, co trzyma go jeszcze przy życiu, to paradoksalnie chęć skończenia go. Ale wcześniej skończy z kilkoma swoimi najbardziej znienawidzonymi współpracownikami – dla nich ma 5 kul, a ostatni, 6. nabój zachowuje dla siebie. Koniec wieńczy dzieło!

Jednak Bob, na swoje nieszczęście, ciągle się waha. Na wszelki wypadek nosi rewolwer ciągle przy sobie, ale nie jest w stanie przeskoczyć ponad magiczną dla niego barierę załadowania broni. Wciąż ma wątpliwości. I z tych jego wątpliwości wypływa praktycznie cały film, którego jest jedną wielką fantazją Boba. Wyobraża on sobie bowiem, że zostaje przypadkowym bohaterem, który uratował większą część firmy od podobnego sobie szaleńca, po czym jego życie się zmienia. Dostaje awans, nowe biuro, podwyżkę, ma znajomych, imprezuje, budzi zainteresowanie bardzo atrakcyjnych kobiet. Zaczyna również spotykać się z Vanessą (znów Elisha Cuthbert, tym razem wyjątkowo nie jako blondynka!), sparaliżowaną wskutek biurowego zamachu dziewczyną o twarzy jego ideału z przerwy śniadaniowej. Oczywiście, wizja Boba nie jest idealna i kilka rzeczywistości mu się na siebie nakłada – Vanessa bowiem nigdy w jego firmie nie pracował, więc nie miał też szansy ani jej poznać, ani tym bardziej uratować. Czy jednak można wymagać dokładności od szalonego umysłu?

Po pewnym czasie na tym pozornie pięknym obrazku pojawiają się pierwsze rysy. A raczej, mimo niewątpliwej metamorfozy, Bob wciąż nie jest w stanie siebie zaakceptować. Jego kompleksy szczególnie wyraźne są w relacji z piękną i seksowną Vanessą, o którą dba, ale i której nie potrafi zaufać. W myśl zasady, że frajer pozostaje frajerem, nie umie, nawet w fantazji, uwierzyć, że może być z kobietą; że kobieta może być nim zainteresowana. Przestaje czuć się dobrze w tej sytuacji. I wtedy frajer wraca do punktu wyjścia.

Tylko zamiast  sześciu kul, pozostaje mu już tylko jedna. I bardzo wyraźne wspomnienie promiennego, rozjaśniającego świat uśmiechu dziewczyny, która minęła go podczas joggingu. Czasami trzeba poświęcić jednostkę dla dobra ogółu.

Na koniec jeszcze jedno, osobiście bardzo ucieszyło mnie, że ktoś wreszcie pozwolił Elishy Cuthbert na zagranie prawdziwej, trochę bardziej złożonej postaci. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby kolejni reżyserzy także dostrzegli jej umiejętności i skupili się na czymś więcej niż pokazywanie jej (nie przeczę, atrakcyjnego) ciała.

Trailer filmu:

Przez ostatnie 3 tygodnie telewizja Canal Plus, w swoim poniedziałkowym paśmie dokumentalnym, prezentowała film pod intrygującym tytułem Z-boczona historia kina. Jako niedoszły filmoznawca nie mogłem takiej okazji przegapić.

Zanim o samym obrazie, warto kilka słów poświęcić naszym wyobrażeniom kina, a dokładniej temu, czego sami od niego oczekujemy. X muza przeszła daleką drogę od jarmarcznej rozrywki, aż do miejsca, w którym przez wielu traktowana jest na równi wraz z literaturą. I chyba słusznie, bo to, co najbardziej w filmie fascynujące to to, że służyć może zarówno jak najbardziej niewysublimowanej rozrywce, jak i głębokiemu katharsis. Jak to możliwe? W pewnym stopniu Z-boczona historia kina szuka odpowiedzi na tak postawione pytanie.

Dokument ma właściwie dwójkę autorów, reżyserkę Sophie Fiennes oraz Slavoja Żiżka, będącego narratorem, ale przede wszystkim mózgiem całego projektu. Żiżek stał się w ostatnim czasie niezwykle “modny” w świecie europejskiej myśli społecznej, także w Polsce, głównie przy okazji wydania jego komentarza do dzieł Lenina. Szczęśliwie, tym razem ten słoweński profesor skupia się li tylko na filmie, rozpatrując jego historię od strony psychoanalitycznej.

Z-boczoną warto obejrzeć dla samego Żiżka. Obraz wielkiego jak niedźwiedź brodacza, który z potwornym akcentem rozpatruje seksualne kompleksy wielkich reżyserów, jest  naprawdę niezwykły. Aby wykłady filozofa stały się łatwiejsze w odbiorze dla przeciętnego widza, Słoweniec filmowany jest w miejscach, które kojarzymy z intepretowanych przez niego filmów, np. na łódce znanej z Ptaków bądź na tle czerwonej kurtyny z Mullholland Drive. Nieprzypadkowo zresztą wymieniam właśnie te dwa tytuły.

Zarówno Hitchcock, jak i Lynch, są znakomitym kąskiem dla psychoanalityków. Senne koszmary, niespełnione pragnienia, niewyartykułowane kompleksy, tłumione popędy, zbrodnie powodowane nieuregulowaną seksualnością  – wszystko to odnajdziemy u obu reżyserów. Niestety, Żiżek nie opiera się pokusie nadmiernej interpretacji. I tak, możemy się dowiedzieć, że atak tytułowych ptaków jest wyrazem kumulowanej kazirodczej energii a podstawowym problemem, jaki dotyka mężczyzn w Blue Velvet jest strach przed staniem się fallusem. Czasami ma się wrażenie, że poziom absurdu przerasta możliwość percepcji widza. Na szczęście, tylko czasami.

Jeżeli uda nam się potraktować część przedstawianych w filmie teorii z lekkim przymrużeniem oka, otrzymamy fascynujący przegląd wielu intrygujących motywów przewijających się w najwybitniejszych obrazach w całej historii kina, od Eisensteina po Wachowskich.  Żiżek ma naprawdę niezwykłą umiejętność ciekawego mówienia, dalekiego od wszelkich wyobrażeń, jakie mogą przychodzić na myśl po czytaniu jego akademickich tekstów. Widok współczesnego filozofa odnoszącego nieznany szerzej film Disney’a Pluto’s judgement  z 1935 r. do sytuacji panującej w Rosji sowieckiej, jest bezcenny.

Wszystkich, którzy przegapili cykl w telewizji, zachęcam do zainwestowania niecałych 30 złotych w wydanie DVD. Nie trzeba być miłośnikiem psychoanalizy, a tym bardziej Żiżka, aby mieć z tych niemal 3 godzin perwersyjną, nomen omen, przyjemność.

Takie rzeczy lubię najbardziej – bardzo poważny wykład w całkiem przystępnej formie. Dla jeszcze niezdecydowanych, krótka zapowiedź filmu: