Co byś zrobił ze światem? Spaliłbym go!
Wreszcie udało mi się dotrzeć do kina (mimo, że mam je praktycznie po drugiej stronie ulicy) i zobaczyć długo wyczekiwanego Mrocznego rycerza. W tym czasie multipleks zdążył już wywietrzeć z tłumów, a ja ponownie zaobserwowałem, że samotna wycieczka na film, nie jest wcale taka cool. Spokojnie, KNO nie przemienia się w emoblog. Thanks God, mamy blogosferę, gdzie mogę sobie poużywać ;)
Najpierw małe wprowadzenie. Kiedy na początku lat 90. do Polski przybyły pierwsze amerykańskie komiksy, wydawane pod jakże zgrabnym szyldem TM Semic, podzieliłem się z bratem superbohaterowymi fascynacjami. On kolekcjonował Spider-Mana, a ja Batmana. Pamiętam też, kiedy pierwszy raz przeczytałem i obejrzałem Mrocznego Rycerza w wersji Franka Millera. To był ten styl mściciela z Gotham, który najbardziej mi odpowiadał. Oczywiście, kiedy pojawiły się ekranizacje autorstwa Tima Burtona, byłem zachwycony, ale dziś myślę, że chyba dlatego, że nie miałem porównania. Niektóre elementy tej historii pominę milczeniem, bo po co się denerwować wspominając to, co powyczyniał Joel Schumacher. A potem stała się jasność i nadszedł Nolan ze swoją świtą. A właściwie zapadł mrok.
Mrok, tego właśnie szukałem, to najbardziej pociągało mnie w postaci Batmana. Burtonowska wizja była dla mnie trochę zbyt kolorowa, to nie był mój jarmark. Nolan był gościem, który mógł sprostać zadaniu zmierzenia się z ciemną stroną duszy Człowieka-Nietoperza. Lubię jego spojrzenie i zaangażowanie w kino, mam satysfaakcję z gry, którą reżyser bardzo umiejętnie prowadzi z widzem. Dobrze się razem bawimy. No to juz chyba nie będzie zaskoczenia, że i tym razem było dobrze i że napiszę coś dobrego.
Powiem krótko – rozrywka na wysokim poziomie, nawet się zdziwiłem, że to aż 152 minuty, tak to sprawnie nakręcone. Odpuszczę sobie zachwyty nad warstwą techniczną, bo wiadomo, że jak się ma wysoki budżet, to można kupić najlepszych specjalistów, zrobić świetne zdjęcia, nagrać znakomity dźwięk i jeszcze to wszystko mistrzowsko pomontować. I się udało. Dodam jeszcze, że efekty specjalne są tam, gdzie być powinny, nie są przesadzone i nie przeszkadzają. Ale klimat, o to mi chodziło. Oh yes, you made my day ;)
Można z całą pewnością, że po tym filmie słowo “szaleństwo” nabrało całkiem nowych znaczeń. Oto przeciwko Batmanowi stanęło dwóch największych psycholi, o jakich słyszał świat. Joker i Two-Face.
Najpierw ten pierwszy. Wiem, że w obliczu śmierci Heatha Ledgera, pisanie o jego roli jest balansowaniem na granicy kiczu i nastolatkowej fascynacji zmarłym idolem. Ale siedząc dziś w kinie w ogóle nie myślałem o tym, że mam przed sobą jakiegoś aktora. Widziałem tylko wielkiego świra, wariata i psychopatę. Scena ze “znikającym” ołówkiem autentycznie mnie przeraziła. Joker nie był tu żadnym klaunem, to był perwersyjny anarchista, czerpiący satysfakcję z braku poszanowania dla reguł i zasad. Pewnie, że pamiętam Jacka Nicholsona z pierwszego Batmana. Ale właśnie, pamiętam, że to był Wielki Jack. Ten Joker pozostanie dla mnie tylko i aż Jokerem. Postacią do cna chorą i przerażającą. Za parę lat będzięcie nią straszyć swoje dzieci.
Two-Face wcale nie jest gorszy, choć długo się rozkręca. Aaron Eckhart daje radę. Bardzo podobała mi się jego charakteryzacja po wypadku, taka odrealniona, bliska komiksowym wyobrażeniom. W tym szaleństwie naprawdę jest metoda.
Na plus odbieram również wymianę aktorki grającej Rachel Dawes. Niech Katie Holmes zajmuje się jednak rodziną i kościołem scjentystów, bo w poprzedniej części była zdecydowanie zbyt drewniana. Co prawda Maggie Gyllenhaal też nie ma zbyt wielkiego pola do popisu, ale i tak bardziej mnie przekonuje.
I wreszcie Jego Mroczność w pełnej krasie. Bale jaki jest, wszyscy wiemy, poniżej pewnego poziomu nie schodzi. Ważniejsze było dla mnie, jak Nolan poprowadzi tym razem postać. I przez dłuższą część filmu byłem rozczarowany. Batman był zbyt jednowymiarowy, niemal przezroczysty. Wydawał się rycerzem bez skazy, tak jakby zapomniano o tym, że jest przecież Mrocznym Rycerzem. Ale sama końcówka wynagrodziła moje oczekiwanie. Mrok ponownie zapanował nad światem. Batman różni się od innych superbohaterów tym, że tak naprawdę nie ma żadnych nadprzyrodzonych mocy i jest po prostu Brucem Waynem, ze wszystkimi jego słabościami. Ta część jego osobowości jest najbardziej fascynująca i bardzo bym sobie życzył, żeby w tę stronę eksploatować dalej Gotham i okolice.
Gdy wyszedlem z kina, z niewiadomych powodów wydało mi się, że Sonic Youth będzie w stanie utrzymać ten nastrój. Idąc z Evol w uszach przez mroczne osiedle, wyobrażałem sobie jak wszystko płonie. Jakże plastyczna wizja. Chyba Nolan osiągnął to, co chciał.
Dziś bez części video, żeby nie psuć przyjemności tym, którzy jeszcze nie byli w kinie.