Nie będę ukrywał, że lubię amerykańskie seriale. Oczywiście, nie mam na myśli tasiemców w rodzaju kultowej Mody na sukces, ale prawdziwie dobre produkcje sensacyjne, science-fiction czy komediodramaty. Dzisiaj słów kilka o pewnej serii, która na dobre zmieniła mój stosunek do kina sensacji, mimo tego, że oglądałem ją w Polsacie i musiałem zjadać paznokcie podczas przerw reklamowych.
24 (okazuje się, że nawet taki tytuł można po polsku źle przetłumaczyć – polskie stacje pokazują go jako 24 godziny; prawdopodobnie telewizyjni decydenci uznali, że w ten sposób widzowie łatwiej zrozumieją jego ideę) to mój prywatny numer jeden w serialowym rankingu (na pewno wkrótce opiszę całą pierwszą piątkę). Niewątpliwie jest to również jedna z przełomowych produkcji w historii telewizji, której sukces w pewnym stopniu zaskoczył samych jej autorów.
Pomysł jest genialny w swojej prostocie – każdy sezon ma 24 godziny, a każdy odcinek to godzina z życia bohaterów. W skrócie – podczas jednego sezonu poznajemy dosyć szczegółowy i drobiazgowy zapis jednej doby pracy agentów CTU (wymyślonej na potrzeby serialu amerykańskiej agencji antyterrorystycznej) oraz oczywiście ich złych przeciwników (różnego rodzaju typy spod ciemnej gwiazdy – arabscy, bałkańscy, rosyjscy terroryści, wspierani przez ich amerykańskich „kolegów”). Co w tym takiego niezwykłego? To pierwszy i jedyny, jak dotąd, serial, który rozgrywa się w czasie rzeczywistym, czyli czas ekranowy zgadza się z faktycznym czasem, jaki spędzamy przed telewizorem.
Mam czasami wrażenie, że jestem idealnym widzem, bo lubię się nabierać na różne sztuczki i tak właśnie jest w tym przypadku. Podczas seansu 24 można do mnie mówić, krzyczeć i próbować każdej innej próby wytrącenia z równowagi, a dla mnie liczy się tylko Jack Bauer. Muszę dodać, że serial rzeczywiście wymaga dużego skupienia, bowiem stopień złożoności relacji między bohaterami i skomplikowania zwrotów akcji równać się może tylko z filmami szpiegowskimi. Nie jest to zatem na pewno produkcja dla przypadkowego widza, który ogląda co trzeci odcinek bądź śledzi akcję przy okazji gotowania obiadu, bo po powrocie z kuchni może się okazać, że dotychczasowy kryształowy charakter okazał się rycerzem ciemnej strony mocy.
Co jeszcze jest atutem 24? Gra aktorska na najwyższym poziomie. Przede wszystkim Kiefer Sutherland w roli swojego życia, twardy, bezwzględny i bezlitosny, ale głównie – człowiek z prawdziwymi zasadami. To taki bohater w amerykańskim stylu – dla kraju poświęci wszystko, włącznie z rodziną, którą jednak bardzo kocha. Wbrew pozorom jednak, nie rozprawia się sam z całym złem tego świata. Nie jest typem samotnego mściciela, ale opiera się na pomocy najbardziej zaufanych mu ludzi, włącznie z prezydentem USA. Co zresztą, bardzo charakterystyczne, postacie drugoplanowe, a nawet epizodyczne są tu zawsze perfekcyjnie naszkicowane.
Skoro już wspomniałem o rodzinie Jacka, nie mogę nie wspomnieć o jego córce Kim, którą odtwarza Elisha Cuthbert. Mógłbym na ten temat bardzo długo, ale spójrzcie sami.

Ktoś ma jeszcze jakieś pytania? Dodam tylko, że 24 były jej pierwszą większą rolą, niestety dotąd nie wykorzystała wciąż swojego potencjału.
Nie przesadzę, jeśli stwierdzę, że ten serial to najlepsze show w telewizyjnej produkcji. Oczywiście, wyniki oglądalności nie zawsze muszą się przekładać na poziom filmu, ale w tym przypadku widzowie się nie pomylili. 24 doceniają zresztą również krytycy przy okazji chociażby corocznych Złotych Globów. W Polsce aktualnie można śledzić 5 sezon serii (w każdy czwartek o 21 na antenie Canal+) , natomiast w styczniu przyszłego roku w USA swoją premierę będzie miał już sezon 7. Mimo tak wielu nakręconych odcinków, serial cały czas trzyma poziom, a wręcz jest coraz lepszy.
Ja w każdym razie co tydzień zamieram na godzinę, a przez ostatnie minuty każdej z godzin dosłownie przestaję oddychać. I na pewno Jack Bauer i spółka jeszcze niejednokrotnie mnie zaskoczą.
Na zakończenie oficjalny trailer siódmego sezonu: