Takiego rogala znalazłem wczoraj za 99 groszy. Nie pamiętam, ile on kosztował w dublińskim markecie, pamiętam za to, że byłem wtedy cholernie głodny. Cholernie mi smakował, jak wkraczałem na O’Connell Street to już nie byłem głodny.
(Zastanawiam się w jakim celu pamiętam takie rzeczy. Mam nieodpartą potrzebę pozbycia się tej przypadłości.)
Na lotnisku stała wielka maszyna z batonami, powoli i mozolnie wygrzebywałem ze wszystkich kieszeni ostatnie eurocenty i przygotowywałem sobie przekąski na lot. Potem, kiedy zasnąłem, jeden z tych batonów rozpłynął mi się w dłoni.
(Czy z tego coś wynika?)
D. mówi mi, żebym nie kupował muffinki, bo brzuch mi urośnie jeszcze bardziej. Zamiast tego biorę z półki sok marchwiowy. Okazuje się, że D. chce iść na imprezę piracką, ale jest w spodniach od piżamy i na boso.
(A to mi się na szczęście tylko śni.)
Zobaczyć światło. Zadzwonić. I wejść.
27 luty, 2009 at 9:58
mam wrażenie, że już Ci to pisałam, ale co tam napiszę jeszcze raz- piszesz w taki sposób, że czasem wydaje mi się jakbyś wyciągał zdania z mojej głowy.
(po cichu cały czas mówię Świetlickim)
28 luty, 2009 at 10:33
A ja Ci chyba jeszcze nie pisałem, więc napiszę teraz, że najbardziej Cię czytam ze wszystkich blogów. Najbardziej się tam widzę i znajduję.
Świetlickiego czasem też chciałbym się pozbyć, ale z jakim efektem, to widać.