Takiego rogala znalazłem wczoraj za 99 groszy. Nie pamiętam, ile on kosztował w dublińskim markecie, pamiętam za to, że byłem wtedy cholernie głodny. Cholernie mi smakował, jak wkraczałem na O’Connell Street to już nie byłem głodny.

(Zastanawiam się w jakim celu pamiętam takie rzeczy. Mam nieodpartą potrzebę pozbycia się tej przypadłości.)

Na lotnisku stała wielka maszyna z batonami, powoli i mozolnie wygrzebywałem ze wszystkich kieszeni ostatnie eurocenty i przygotowywałem sobie przekąski na lot. Potem, kiedy zasnąłem, jeden z tych batonów rozpłynął mi się w dłoni.

(Czy z tego coś wynika?)

D. mówi mi, żebym nie kupował muffinki, bo brzuch mi urośnie jeszcze bardziej. Zamiast tego biorę z półki sok marchwiowy. Okazuje się, że D. chce iść na imprezę piracką, ale jest w spodniach od piżamy i na boso.

(A to mi się na szczęście tylko śni.)

Zobaczyć światło. Zadzwonić. I wejść.