Mityczny kryzys znów atakuje. Najpierw dopadł Boyle’a, a teraz jego ofiarą stał się Darren Aronofsky. I nawet trudną to nazwać piękną katastrofą, bo to zwyczajna porażka.

Wrestling (zwany czasem amerykańskimi zapasami) nie jest u nas ani popularny, ani poważany. Pamiętam, że jak byłem dzieckiem, pokazywała to jakaś stacja w stylu TV4 i oglądałem to z bratem i kuzynami. Oczywiście była to dla nas całkowita zgrywa, a naszym ulubionym elementem tych transmisji był polski komentarz przygotowywany przez dwóch dziennikarzy sportowej Trójki, obfitujący w emocjonalne krzyki typu “uch, to musiało boleć”. W pewnych okolicznościach przyrody było to nawet śmieszne, ale nie brałem tego w ogóle na serio.

A tu nagle, jeden z moich ulubionych reżyserów funduje mi śmiertelnie poważną opowieść o takim właśnie zapaśniku. The Ram ma swój styl ringowy, odpowiedni kostium i oczywiście efektowny “cios kończący”. Ma też lata świetności za sobą, ma niepoukładaną sytuację z córką i ma problemy ze zdrowiem. Mówiąc krótko – w życiu mu nie wyszło.

Problemem Wrestlera jest to potworne nagromadzenie wszelkich możliwych nieszczęść. Rourke ma oczywiście znakomitą kreację, ale mimo wszystko – ta historia pozostawiła mnie całkowicie obojętnym. Muzyka Clinta Mansella tradycyjnie już umiejętnie buduje nastrój niektórych scen, jednak i tak sprawia to wrażenie, że film wyzbyty jest prawdziwych emocji i pusty w środku. A może inaczej, za dużo tu schematów. Wznosząc się na wyżyny łaskawości nie skomentuję sceny finałowej, poprzedzonej jakże podniosłą przemową Rama. Chyba sam Barrack Obama by się jej nie powstydził.

W kąciku multimedialnym nie będzie żadnych trailerów czy innych fragmentów filmu. W zamian za to, zapraszam na pokaz umiejętności wrestlingowego mistrza świata i okolic, Diamonda Dallasa Page’a. Publiczność szaleje.