styczeń 2009


kiedy piszę ten list do Ciebie,
ulicami płynie 100 % naturalny sok pomarańczowy
tak sobie środkiem ulicy, tak na przekór, tak po prostu
a ja sobie przez okienko obserwuję
te zajścia nieziemskie
i kochliki mi wędrują po pokoju całym
a też w kolorze pomarańczy jak najbardziej
i pewnie chcesz wyjaśnień mego urojenia
pewnie zapytujesz się o te dziwactwa
które właśnie mają miejsce
już się tłumaczę
zaraz ci opowiem
chodź tu bliżej
wystaw uszko
teraz szepczę na dobranoc dzień dobry prawdę całą

(za Fiszem)


D. mówi, żebym jej coś (o)powiedział, ale w końcu staje na tym, że robię składankę. Składanka bardzo mi się podoba i najchętniej nie oddałbym jej nikomu.

Piekło i przestało.

Notka leci w kosmos, podczas gdy mi się śni.

Gdyby ktoś był zainteresowany produkcją Waszego ulubionego dja, proszę się zapisywać poniżej. Rozdaję do odwołania.

Miało nie być nic, ale zainspirowany wpisem u Chacińskiego (i całkiem niezłą zbieżnością), postanowiłem jednak podsumować. Wcale się nie porównuję, ale opcja listy bez kolejności bardzo mi pasuje.

I tak siedzę trzeci dzień nad całkowicie już pokreśloną kartką, a i tak jestem pewien, że o czymś zapomniałem. Podstawowy wniosek jest jednak taki, że trochę tej dobrej muzyki było, mimo, że początkowo myślałem, że ta lista będzie wyjątkowo krótka. A drugi wniosek, może smutny, ale jednak znamienny – gitary są w odwrocie.

Będzie w miarę alfabetycznie, czasem przypadkowo, w czterech głównych kategoriach: do tańczenia, gitarowo, amerykańska alternatywa i polskie. Większość postaram się, dla równie leniwych, jak ja, zalinkować na MySpace, a w uzasadnionych przypadkach również wyróżnić teledyskiem.

I ostatnie zastrzeżenie – wpis jest przede wszystkim dla mnie ;) bez niego miałbym spory problem z uszeregowaniem sobie tego roku. Jestem też ciekaw, co będę myślał o tej muzyce w kolejnym styczniu.

Dla tańczących inaczej:

  • Crystal CastlesCrystal Castles. Bo okazuje się, że w Kanadzie też można nagrać coś z porywającym bitem i równocześnie inteligentnego. I do tego te urzekające retro klawisze. Nie obraziłbym się za więcej takiego grania, także na naszych parkietach.
  • Cut CopyIn ghost colours. W tej kategorii jest chyba najwięcej nowego grania i zaskakująco sporo odkryć, ale też tutaj się może najwięcej dziać i zmieniać. Ciekawe, czy ktokolwiek przetrwa do kolejnego podsumowania. Nawet, jeżeli część tej muzyki jest do siebie często podobna, to naprawdę przyjemnie się tego słucha. I nóżka chodzi. Australijczycy zdobyli moje serce tym video:
  • FoalsAntidotes. Mówią, że to math rock czy tam dance punk. Ja mówię, że to nic szczególnie odkrywczego, ale na różnym tle, momentami bywa całkiem świeżo. Dostają ode mnie to miejsce na zachętę, bo czuję, że mają potencjał i energię na coś więcej.
  • Gang Gang DanceSaint Dymphna.  Pierwszy (ale nie ostatni) w zestawieniu band z Nowego Jorku, a dokładniej z Brooklynu. I to już by mogło wystarczyć za rekomendację, a jak dodam, że wydał ich Warp, to już naprawdę więcej nie trzeba. Ale dorzucę jednak, że tańczę, jak mi zagrają. I wbrew pozorom, to słyszę tam coś prawdziwie niepokojącego, szczególnie w wokalu i tych okołoorientalnych nawiązaniach. Już 17 lutego zagrają w Berlinie, bliżej się nie da, może się skusić na taką szaloną noc?
  • Girl TalkFeed the animals. Bo to zdecdowanie najlepsza imprezowa płyta roku. Już kiedyś pisałem, że jestem fanem mashupów. Ten set nie tylko wprowadzi wszystkich w znakomity nastrój, ale jeszcze pozwoli pobawić się w odkrywanie wykorzystanych w nim kawałków. Dobry pomysł na domówkę w sprawdzonym gronie? Album można zassać stąd za “co łaska”. Polecam, znakomita inwestycja.
  • Hercules and Love AffairHercules and Love Affair. Nigdy bym nie przypuszczał, że tak bardzo mogą spodobać mi się tak kiczowate (i nie jest to zarzut) dźwięki. Umówmy się jednak, że duże znaczenie miał tu dla mnie start w projekcie Antony’ego, który udzielał się już przecież w różnych konstelacjach, a tutaj nadał muzyce disco zupełnie nowego smaku. Niby muzyka do zabawy, ale znowu z dyskretną nutką niepokoju. Kolejny w zestawieniu band nowojorski.
  • Hot ChipMade in the Dark. Po znakomitej płycie The Warning, londyńczycy nadciagnęli z kolejną porcją pozytywnej parkietowej energii oznaczonej naklejką “alternative dance”. Znaleźliby się tutaj nawet wtedy, gdyby przez cały rok wydali tylko ten singiel:
  • Late of the Pier – Fantasy Black Channel. Wiem, oni są tutaj zdecydowanie na wyrost, ale dorzucam ich bardziej na zasadzie “co mi się w tamtym roku podobało”. A jeden ich kawałek podobał mi się bardzo i skutecznie wybudzał mnie przez parę ładnych tygodni. I tak, jak już pisałem – to nie będzie nowe Klaxons, ale kto wie, może jeszcze mnie zaskoczą. Jak na razie, mają w sobie sporo chłopięcego wciąż uroku.
  • MGMTOracular spectacular. Bo to zbiór najbardziej przebojowych momentów 2008 roku, których mógłbym słuchać przez kilka dni bez przerwy i się nie znudzić. Podoba mi się ich specyficzne poczucie humoru i trochę łobuzerskie, bezczelne podejście do życia.

Gitarowo:

  • Black KidsPartie traumatic. Sporo zamieszali w tym roku, ale czy ten album mógł być kiepski, jeżeli produkował go Bernard Butler? Ktoś tam słyszał tutaj The Cure po ecstasy, ja tu słyszę dużo dobrych melodii i obietnicę imprezy, na której mógłbym skakać w każdy piątek.
  • GlasvegasGlasvegas. Sam fakt, że o nich tutaj wspominam, świadczy, że poziom tej kategorii był w zeszłym roku dość mizerny. Ale zauważam, że byli. Właściwie niewiele ponadto. Nie wróżę im żadnej przyszłości.
  • Kings of Leon – Only by the night. Mimo, że wolę ich poprzedni album, ale w tej stricte gitarowej muzyce działo się tak niewiele, że ich na pewno zapamiętam, mimo wszystko. Przede wszystkim za ten numer:
  • M83Saturdays=Youth. Jedyni przedstawiciele kontynentu w zestawieniu. Przede wszystkim za przywrócenie wiary w coś nowego pod tagiem “shoegaze” i udany flirt z elementami dream popu i elektroniki.
  • TV on the RadioDear science. Nie rozwala mnie to, jak niektórych, nie uważam też tej płyty za absolutny album roku. Niemniej, doceniam niektóre pomysły. I są z Nowego Jorku ;) Jest ciekawie, ale, mimo wszystko, trochę zbyt monotonnie i nudno.
  • Vampire WeekendVampire Weekend. Znowu Nowy Jork, tym razem z mocno zarysowanymi akcentami afrykańskimi. Młodzieżowo, studencko, melodyjnie, energetycznie, przebojowo. Moja ulubiona płyta w tej kategorii. Żałuję, że nie zdecydowałem, żeby zobaczyć ich na żywo w Berlinie. Może przy okazji następnej trasy. A poza tym bardzo mnie rozczula to video:

Amerykańska alternatywa:

  • Atlas Sound - Let the blind lead those who can see but cannot feel. Tak, jak podoba mi się album Deerhuntera, tak solowy projekt Bradforda Coxa podoba mi się jeszcze bardziej. Więc grzechem byłoby go nie zauważyć.
  • Band of HorsesCease to begin. Odkryci w 2006 roku przez wytwórnię Sub Pop, lądują tutaj przede wszystkim za singiel No one’s gonna love you, prywatnie jedna z moich ulubionych piosenek całego roku. Ładne, alternatywne, gitarowe melodie, przejmujący wokal i niebanalne, bezpretensjonalne teksty. Potrzeba czegoś więcej?
  • Bon IverFor Emma, forever ago. Trochę naciągam, bo płyta ukazała się jeszcze w 2007 roku, ale trudno byłoby zapomnieć o tej płycie tu. Obowiązkowa pozycja dla wszystkich miłośników altcountry, indiefolku, czy jakkolwiek chcecie to nazwać.
  • Bonnie Prince BillyLie down in the light. Bo cokolwiek nagra Will Oldham, będzie wielkie. Więcej argumentów nie potrzeba.
  • DeerhunterMicrocastle. Bo to taka porcja zdrowego alternatywnego brzmienia, która może wciągnąć niemal każdego.
  • Fleet FoxesFleet Foxes. Seattle znowu na muzycznym topie, znowu dzięki Sub Pop. Kraciaste flanelowe koszule rządzą, ale tym razem, na szczęście, nie ma to nic wspólnego z Kurtem Cobainem. To jedna z tych wielkich płyt, o których trudno napisać cokolwiek sensownego, bo zawsze będzie zbyt mało. Jest tu dużo przestrzeni, jak u Arcade Fire, jest niezwykła harmonia, jak u Beach Boys (!). Ale nie warto ich szufladkować. Mogą zdominować alternatywny świat na długie lata. I takie teledyski chciałbym oglądać jak najczęściej:
  • Handsome Furs – Plague Park. Dobra, wiem, że to 2007, ale w 2008 roku zobaczyłem ich na żywo, w Poznaniu, w Kisielicach! Kanada, kolejna produkcja ze stajni Sub Pop. Dan Bockner przejmujący, jak nigdy, Alexei Perry szalona, jak zawsze.

Poza kategorią:

PortisheadThird. Trochę może nieładnie, że ich tak sadzam w oślej ławce, ale nie było innego wyjścia. Za to, że nie tylko wrócili, ale że wrócili bez nagrywania kolejnej wersji Dummy.

Polskie:

  • Ballady i RomanseBallady i Romanse. Gdybym był prawdziwym krytykiem pewnie zabawiłbym się w jakieś efektowne porównanie, ale na szczęście może mi się coś po prostu podobać. Muzycznie bywa zbieżnie z Pustkami, ale tekstowo siostry Wrońskie według mnie na tej płycie wygrywają. Bardzo wyciszony projekt, z takim domowym urokiem. Nareszcie prawdziwe lo-fi po polsku.
  • Fisz Emade – Heavi metal. Jedyny hip hop w tym zestawieniu, ale za to prawdziwy oldskulowy hip hop. Nie będę powtarzał wszystkiego, co napisałem zaraz po premierze, więc tylko się przypomnę – tu akurat nie mam najmniejszych wątpliwości, że to polska płyta roku.
  • Julia MarcellIt might like you. To chyba największe dla mnie zaskoczenie w tym zestawieniu. Muzyka, która zupełnie nie jest w moim stylu, ani do mnie nie pasuje, a jednak wydaje mi się bardzo bliska. Czasem nawet ja potrzebuję trochę pozytywnych brzmień. Taki prosty przekaz. Płytkę można kupić tutaj, polecam.
  • Lao CheGospel. Z perspektywy tych paru miesięcy okazuje się, że jednak grubo przesadziłem i ta płyta nie wytrzymuje próby czasu, szczególnie w zestawieniu z Powstaniem Warszawskim i po tym, co było słychać na żywo. Ale trochę zamieszali, więc niech będzie.
  • PustkiKoniec kryzysu. Najbardziej przewrotny tytuł roku. Niektórzy kręcą nosem, ale mi się akurat bardzo podoba kierunek, w którym podążają. To na pewno mój ulubiony ich album. Za nastrój, za to, że mają coś do powiedzenia. Chciałbym, żeby zagrali w Poznaniu. I za być może  najładniejszą polską piosenkę w 2008:

I to chyba wszystko. 28 płyt.  Reklamacji nie uwzględnia się, ale bardzo chętnie przyjmuje się wszystkie komentarze.


I walked outside

I could not cry

I don’t know why

Trochę luzu.

Niemal mi to umknęło, ale w porę się zreflektowałem, że już w najbliższy weekend polska premiera filmu The Spirit. Jak na razie, pierwsze wrażenia i oceny z IMDB są bardzo średnie. Jednak, przynajmniej dla niektórych, jest kilka powodów, dla których warto spróbować.

Powód pierwszy to Will Eisner, legendarny amerykański autor komiksów, który w 1940 r. stworzył postać tytułowego Spirita, detektywa, pozorującego własną śmierć, aby potem w masce walczyć z przestępcami. Ten czarny komiks jest oczywiście w Polsce znacznie mniej kojarzony od opowieści o innych bohaterach, ale jest okazja to zmienić, jeszcze w styczniu bowiem Egmont wyda zbiór 22 historii The Best of  Spirit. Całość oczywiście w serii Mistrzowie komiksu, w twardej oprawie. Przy okazji polecam znakomity artykuł o całym cyklu, gdzie można obejrzeć m.in.  przykładowe okładki oryginalnego Spirita.

Powód drugi nazywa się Frank Miller i jest reżyserem tej produkcji. Nie oznacza to, że uważam go za mistrza w tej dziedzinie, ale kto jak kto, on na pewno na komiksie się zna, a przy okazji Sin City udowodnił przecież, że wie jak go adaptować na potrzeby kina. Zresztą, niewątpliwie i tutaj bardzo się na tym wzorował.

I to jest powód trzeci – warstwa wizualna, która w trailerze prezentuje się naprawdę efektownie. Są i ładne dziewczyny, liczę też na sporą dawkę specyficznego humoru i ironii. Wygląda na to, że mam już plany na weekend.

Niby się dobrze taki film ogląda w czasie naszej zimy. Minus siedemnaście tuż za oknem, a tam pełnia katalońskiego lata, odkryte ramiona, południowy luz. Ale pod skórą czuję coś bardzo nieprzyjemnego, coś, czego nie zamawiałem w komplecie i coś, czego nie mogę się teraz pozbyć.

Vicky Cristina Barcelona. Fabuła tak prosta, że nie ma sensu jej streszczać. Jak ktoś nie może wytrzymać, wszystko zawarte jest w materiałach dystrybutora (tak na marginesie, data polskiej premiery to jest jakiś spisek? ludzie, dlaczego to musi tyle trwać?).

Chciałbym napisać, że to najlepszy film Allena od czasu Match point, bo tak jest. Ale też byłoby to zdecydowanie niesprawiedliwe. To po prostu dobry film Allena. Zwyczajnie znakomite kino.

Leniwe popołudnie, koszule mokre od potu lepią się do ciał. Noc nic nie zmienia, łyk czerwonego wina. Gorzkawy posmak w ustach. “The trick is to enjoy life”, ale po chwili “and accept it has no meaning”.

Pod grubą warstwą pięknych kolorów, przeestetyzowanych kadrów, wspaniałych zdjęć, cudownej muzyki, siedzi wielkie nic. Że nie ma nadziei, nie ma wyjścia, nie ma rozwiązania. Okrutne, okropne, obrzydliwe nic. Od soboty nic śni mi się. I myśli o mnie.

Jest w tym filmie taki uroczy, wydawałoby się, moment, kiedy ma się wrażenie, że jest on pochwałą radosnego, nieskrępowanego, wręcz hedonistycznego życia. Ale ten moment jest tylko długim ostrzem szpili, perwersyjnie wbijanym w widza. Bo czy nie wydaje Wam się znajoma Cristina, która nie wie czego chce, za to wie czego nie chce?

Najbardziej przykre jest, że nic się nie zmieni. I wszyscy to wiedzą. Vicky będzie nieszczęśliwa (ale z Juanem Antonio byłaby tym bardziej), Cristina będzie wiecznie czegoś szukać, ale nie znajdzie, a Juan Antonio i Maria Elena kiedyś się w końcu zabiją. Oni chociaż, jako jedyni, potrafili cokolwiek wykorzystać, nawet jeśli w konsekwencji wracają do punktu wyjścia.

W trakcie pisania tej notki miałem zwis systemu i przez moment myślałem, że całą pisaninę szlag trafił. I może był to znak, ale niestety, nie jestem tak mądry, jak ten stary poeta,  który nigdy nie publikował swoich wierszy.

Uprzejmie przepraszam wszystkich, którzy liczyli, że się zbiorę i o najnowszym filmie Allena coś napiszę. Bo się nie zebrałem. Ale się zbiorę i napiszę.

Żeby nie było jednak tak smutno, pozwolę sobie polecić znakomite video grupki rozbrykanych i uroczych angielskich młodzieńców:

A nazywają się Late of the Pier.

Pewnie nie będzie to nowe Klaxons, bo poza tym przebojem, aż tak dobrze na całej ich debiutanckiej płytce to nie jest. Ale i tak warto sobie poskakać. Mi to ostatnio bardzo udanie poprawia humor.

…bo nie wiem wciąż, czy warto o tym się jeszcze rozwodzić. Jestem przecież zupełnie nie na bieżąco, ci, co mieli wiedzieć już dawno wiedzą, a reszta i tak nie będzie szukać tego u mnie. A jednak cała sytuacja jest wcale dobrym przykładem, że nawet inteligentni (wciąż chyba jeszcze) ludzie potrafią czasem do reszty zgłupieć.

Nigdy nie rajcowały mnie wielkie, ani nawet małe, programowe dyskusje pomiędzy literackimi stronnictwami. Wydawało mi się też, że to już te nie czasy, że ludzie z tego wyrastają. Jakże dobrze więc, że istnieje taka Krytyka Polityczna, która potrafi wnieść trochę świeżego i ożywczego powietrza w moje skostniałe myśleniowo życie.

Panowie Piotr Marecki i Jaś Kapela, korzystając z gościnnej przystani KP, postanowili zapłonąć swą nieprzeniknioną erudycją, inteligencją i błyskotliwą ironią. I na cel swego ataku wybrali samego diabła, kwintesencję zgniłego konserwatyzmu, Marcina Świetlickiego. Szczerze mówiąc, średnią mam satysfakcję w kopaniu leżącego, szczególnie, jeżeli ktoś się w tak uroczy sposób sam przewraca, a na dodatek jeszcze umyślnie układa przed sobą skórki od banana. Mówię wam, ubaw po pachy, lepszy niż na filmach z Busterem Keatonem.

Pozwólcie, że ograniczę się do tylko najbardziej nabrzmiałych cytatów (bo ataki okołopolityczne są doprawdy małostkowe, a obśmiewanie kryminału jako gatunku komuś takiemu jak Marecki, zwyczajnie nie przystoi).

Paradne, że dla tej szumnej “nowej polskiej lewicy” spotkanie z poetą katolickim jest powodem, aby się “zrzygać i wyjść”. Wiem, teraz sexy jest tylko otwarcie na środowiska homoseksualne i feministyczne. Gdyby się okazało, że wasze tolerancyjne żołądki zawsze reagują w ten sposób na inne zapachy, mogę polecić kilka naprawdę niezłych leków.

Z tekstem Kapeli jest taki problem, że zapewne sam autor nie wie do końca, o co mu tam chodziło. Nawet jeżeli wspaniałomyślnie uwierzę mu, że nie pisał na zamówienie PM lub redakcji KP, to co najmniej promował swoją, jakże genialną na tle podrzędnych kryminalików, książkę. Za jedno mogę mu podziękować – do tej pory sądziłem, że takie pamflety przeminęły wraz z Trybuną Robotniczą. Jaś Kapela dał mi Nową Nadzieję. Na pewno zna wiele mądrych słów, tylko jeszcze nie ma rozeznania, jak je z sensem wykorzystać. I tak, wiem, co to jest ironia. I tak samo to śmieszne, jak reklamowanie się zmyślonym cytatem z Jerzego Urbana. Może Sierakowski jeszcze nie zdążył całej redakcji powiedzieć, że podpieranie się w jakimkolwiek kontekście tym panem, jest już naprawdę obciachowe.

I tylko się cieszę, że to nie moja bajka, ani mój świat. Bo gdyby to była moja nowa lewica, niechybnie wyjechałbym do Wenezueli.

PS. Polecam repliki Jakuba Żulczyka i Wojciecha Wencla (co za czasy, Wencel broni Świetlickiego!).

  1. Paris (czyli Niebo nad Paryżem) – mimo wszystko, jak to mawia klasyk, nuda. Mam wrażenie, że już to kiedyś mówiłem/pisałem, ale na Posejdona – ile jeszcze można zrobić filmów w schemacie “bierzemy kilka niezwiązanych ze sobą historii, a potem je ze sobą zderzamy”? Nie przeczę, kilka ciekawych scen nawet tu znalazłem, Juliette Binoche zawsze jest w formie (ale też zbyt wiele do zagrania tu nie miała), ale jak na film o takim tytule za mało było tu miasta. Zdecydowanie najciekawsze były sekwencje ze starszym profesorem, opowiadającym o historii Paryża, gdzie choć na moment czuć było klimat francuskiego bruku. Poza tym – za długo, zbyt monotonnie, zbyt rozwlekle i w gruncie rzeczy o niczym. Aha, jest jedna bardzo ładna pani.
  2. Burn after reading (czyli Tajne przez poufne) – śmieszne, ale liczyłem na coś więcej. Od strony aktorskiej jest bomba, nawet nie wiem, kogo wyróżnić, bo praktycznie każdy (Pitt, Clooney, Malkovich, Swinton, McDormand) daje na swój sposób radę, ale poza tym jest jakoś tak, hm, średnio. Cała historyjka jest taka sobie, pewnie jednak wszyscy chcieli się trochę pobawić na planie i odreagować wcześniejszą produkcję. Szkoda, że widzowie bawią się trochę gorzej. Jest co prawda trochę charakterystycznego dla Coenów czarnego humoru, ale tylko bardzo trochę.
  3. Quantum of solace (czyli Quantum of solace) – oho, naprawdę fajny jest ten Bond! Wiem, że dla wszystkich otrodoksyjnych wyznawców 007 to straszny zamach na wszystkie świętości i czują się pewnie tak, jakby ktoś osobiście obraził im matkę, ale co poradzę, że mi się podoba. Z tym nowym Bondem to jest u mnie jak z nowym Batmanem – to jest właśnie to. Taki on prawdziwszy, bliższy życia, bardziej realistyczny (wiadomo, że trochę musi poskakać po dachach, ale jednak nawet się zranić przy tym potrafi), a przede wszystkim okazuje się, że w gruncie rzeczy to całkiem z niego wrażliwy facet (mimo, że jak każdy prawdziwy wrażliwy facet udaje, że ani trochę wrażliwy nie jest). Cierpi, upija się ze smutku, a nie dla lansu, no i jest sam przeciwko wszystkim. Prawie jak bohater romantyczny. I już wcale tak za dziewczynami nie lata, mimo, że Olga Kurylenko jest całkiem spoko (mimo, że zachwytów mojego brata nie podzielam; brunetki to nie mój typ, sory).

W kolejce czekają Choke, The Wrestler, Vicky Cristina Barcelona i Blindness.

No to mamy ten nowy wspaniały nowy rok. Ci, którzy na niego tak bardzo czekali, pewnie się bardzo cieszą.

Po pobieżnym przejrzeniu wszystkich [ironia mode one] opiniotwórczych [ironia mode off] portali okazuje się, że najważniejsze dziś są oczywiście wszelkie możliwe postanowienia. I jeszcze ogólnonarodowy lament nad Małyszem. Mamy nadzieję ptaszku,  że się już skończyłeś.

Zacząłem czytać Foera.

Chciałbym jeszcze:

  • wsiąść znowu do samolotu
  • otworzyć księgarnię albo sklep z komiksami
  • albo się tam znaleźć chociaż
  • odkrywać dużo nowej muzyki
  • zobaczyć NYC
  • i coś jeszcze zmienić

Dziękuję, pozdrawiam.