listopad 2008


Trochę się, przyznam, wahałem, czy o tym pisać, bo teraz to wszędzie o tym piszą, w każdym nawet najmniejszym dodatku najmniej kulturalnej gazety. Wszyscy zauważyli tę płytę. Ale jak tu nie napisać o czymś, co w tej chwili wydaje mi się najlepszym muzycznie kawałkiem tego roku?

Fisz i Emade to są zdecydowanie moi ludzie. Pamiętam ich pierwszy album, Polepione dźwięki, kiedy to niekumaci nie wiedzieli jeszcze, że to Waglewscy, ale wiedzieli już, że to jest naprawdę dobry hip hop. Tak, wiem, że trochę teraz ryzykuję z tym stwierdzeniem, ale wówczas to było jednak prostsze. Miałem wtedy ciut bardziej niż przelotny romans z radiem w Kołobrzegu, gdzie w każdą sobotę wypuszczałem w eter Radio Machina. Jednym z żelaznych punktów tamtego rozkładu jazdy, było 5 minut na “czarną” muzykę, co dość często oznaczało, że musiałem poszukać czegoś hip hopowego, co nie było zbyt gangsterskie, było blisko mojego podwórka i jeszcze opowiadało coś w miarę bliskiego moim doświadczeniom. I wtedy odkryłem Fisza, i tak mi zostało do dziś.

Mam wrażenie, że z każdą ich kolejną produkcją jest coraz lepiej. Już po ich wcześniejszych albumach długo szukałem szczęki na podłodze i myślałem, że lepiej być nie może, a potem zawsze przychodziło przyjemne zaskoczenie. Na dodatek zazwyczaj okazuje się, że ich muzyczne eksploracje bardzo dziwnie korelują z tym, co akurat mi chodzi po głowie. Kiedy po ścieżce nu-jazzowo-hiphopowej nadeszła próba zmierzenia się z bardziej elektronicznym światem, byłem na tak. A gdy później zatęskniłem za klimatem z pierwszego spotkania, panowie znów poszli tym torem. Wiem, że wielu było zmęczonych stylem rymowania z Piątku trzynastego, ale mi właśnie takiego świeżego oddechu, po dość minimalnych wcześniejszych płytach, było trzeba. No i nadszedł Heavi metal.

Oldskul tutaj dudni uszami i rozsadza czaszkę. To, co producencko i realizacyjnie zaprezentował tu Emade jest absolutnym mistrzostwem świata i zapewniam, że tym razem ani trochę nie przesadzam. Proste, twarde bity, wyrwane żywcem z lat 80., nieodparcie przypominają złote lata, kiedy na świecie rządziło Run DMC, Public Enemy czy wielcy Beastie Boys. Zaprawdę, surowo tutaj brzmieniowo. Chłopaki mają naprawdę sporo dystansu, bo samplują sami siebie, a nawet Klausa Mitffocha, co w ich sosie nabiera oczywiście całkowicie innego smaku. A do tego jeszcze trochę rockowych (heavimetalowych?) riffów. Jedyne, co mi się nie podobało, to dwie mocno soulowe męskie wokalizy, coś zupełnie nowego u panów W., ale coś, co wydaje mi się bardzo odległe od nich. Ale poza tym – czapki z głów aż do samej ziemi, noga sama tupie, bas drga w brzuchu, a ręce klaszczą.

Spokojnie, nie zapomniałem o Fiszu, który to daje prawdziwego czadu. Mistrzowska forma. Mogę się chyba zdradzić, że jest on moim idolem, jeśli chodzi o umiejętność operowania słowem i wyciągania z całkiem prostych kombinacji, prawdziwych emocji. Tym razem Bartek zdecydował się na snucie uniwersalnych historii, które dobrze zna każdy, kto urodził się na przełomie lat 70. i 80. Fascynacja starymi Maidenami, dziewczyna, która puszcza kantem z długowłosym frajerem, szkoła, ławka, lekcja WFu, tęsknota za długimi nogami. Sprawdźcie chociaż największy hit z tej płyty, Wiosnę 86. Ale genialnych, jak zwykle, połączeń słownych jest tu całe mnóstwo. Więcej nie piszę, żeby nie psuć przyjemności.

Jako dodatkową rekomendację mogę napisać, że sprawdziłem Heavi metal w samochodzie i dał radę. I nawet mój bardzo jazzowo zapatrzony brat wytrzymał i nie wysadził mnie w środku ciemnego lasu. Jest naprawdę dobrze.

Co tu dużo opowiadać, to po prostu jest płyta roku nad wszystkimi polskimi rzekami. Nie mam wątpliwości.

Obiecuję, że po weekendzie poproszę edytkę o dodanie tutaj video, dziś to niestety niemożliwe, ponieważ nad morzem, u rodziców, nie mam słuchawek. W kąciku multimedialnym zapraszam zatem na majspejsowy profil artystów, gdzie m.in. znaleźć można promo mix nowego albumu.

Aha, Panie, Panowie, Panowie, Panie – wszyscy widzimy się za tydzień, 6 grudnia w Eskulapie, gdzie chłopaki zagrają. Obecność absolutnie obowiązkowa, żadne usprawiedliwienia nie są przyjmowane! A jeśli komuś będzie mało emocji tego wieczoru, afterparty planowane jest w Piwnicy 21, gdzie odbędzie się Fisz DJ set.

Edytka dorzuca stary teledysk, ze starych czasów:

Tak sobie ostatnio pomyślałem, że w ramach urozmaicenie bloga, będę od czasu do czasu wrzucał jakiś tekst poświęcony miastu, w którym przyszło mi obecnie żyć, czyli Poznaniowi. Co mi się podoba, albo co mi się nie podoba, trochę lokalnych klimatów, może nawet bardziej osobistych historii. A dziś jestem bardzo na tak.

Jeszcze się chyba z tym tutaj nie ujawniałem, więc pora na coming out. Jestem fanem komunikacji wszelakiej, a głównie tej miejskiej i kolejowej, a już najszczególniej tramwajowej. Oczywiście, to tylko małe hobby i sposób na miłe spędzenia czasu, daleko mi zatem do ekspertów w tej dziedzinie. Jednak radochę mam z tego naprawdę przednią.

Po raz kolejny już miała miejsce dziś w Poznaniu fantastyczna inicjatywa pod nazwą “Katarzynka”, czyli impreza z okazji święta patronki kolejarzy i pracowników komunikacji miejskiej. Nad pomysłem od 1996 czuwają członkowie Klubu Miłośników Pojazdów Szynowych, rzecz jasna, przy pomocy i współpracy poznańskiego MPK. W tym roku zaś udało się także wciągnąć do zabawy PKP, dzięki czemu zyskaliśmy dodatkową, kolejową, atrakcję.

pict2172Wszystko zaczęło się, niemal klasycznie, w zabytkowej zajezdni na Gajowej, gdzie na uczestników przygody czekały już wagony N+ND oraz 102N, które to następnie obierały kurs na zajezdnię autobusową przy ulicy Warszawskiej. Jak widać na fotce, specjalnie na tę okazję powstała dodatkowa linia 23, co ma niebagatelne znaczenie dla kolekcjonerów wszystkich miejskich linii.

Warszawska, jak się miałem okazję dziś dowiedzieć, obsługuje aż 2/3 całego miasta, a na stałe stacjonuje tam ponad 170 autobusów. Do tej pory zwiedzałem tylko znacznie mniejszą zajezdnię na Kaczej, więc pełne rzędy równiutko poustawianych pojazdów robiły naprawdę sympatyczne wrażenie. pict2190A to dopiero początek przyjemności.

Poza możliwością wejścia praktycznie w każdy zakątek zajezdni, czyli miejsca właściwie niedostępnego w zwyczajny dzień, przy wykorzystaniu popularnych “ogórków”, w jedynie słusznych czerwonych barwach, można było poznać trasę, jaką musi pokonać każdy zjeżdżający z miasta autobus. Tankowanie, myjnia, sprzątanie i przegląd techniczny. A wszystko to zza prawdziwie oldskulowych okien zabytkowego Jelcza.

Jednak najlepsze dopiero było przede mną. Dodatkowa linia F, relacji Warszawska-Franowo, wywiozła mnie w absolutnie magiczną krainę zarządzaną przez PKP Cargo, czyli stację kolejową PKP Franowo.pict2234

Stolik z cymesowymi smakołykami był przebogaty. Stare i nowe wagony, niezliczona ilość lokomotyw i elektrowozów, do których także można było wchodzić, a nawet zapoznać się z bardzo bliska z samym sercem tych wielkich machin. Spełniło się też jedno z moich wielkich marzeń. Dzięki współpracy z Towarzystwem Przyjaciół Wolsztyńskiej Parowozowni, na miejscu stał imponujący parowóz Tr5, w którego kabinie można się było przez chwilę przejechać. Wrażenia niezapomniane, buchający ogień, wszędobylski ogień, bawiłem się jak dziecko. Tego dnia banan nie schodził mi z twarzy ani na moment.

Bardzo miło było patrzeć na te tłumy i nie czuć się przez moment samemu w swoim wariactwie. Dzieciaki, ich mamy, ale i całkiem pokaźna grupka wcale już dorosłych facetów, wszyscy z otwartymi ustami wpatrzeni w przedmioty ich fascynacji.

Chciałbym podziękować wszystkim członkom KMPS, dzięki którym miałem okazję tak wybornie spędzić tę niedzielę. Osobne podziękowania należą się też pracownikom MPK i PKP, którzy poświęcając  swój czas z prawdziwą pasją opowiadali o swojej pracy, a także z dużą cierpliwością odpowiadali na wszystkie dziwne pytania. Tego dnia znów poczułem, że kocham to miasto. Dziś warto było żyć w Poznaniu.

Aha, reszta zdjęć oczywiście tutaj.

A żeby nikt nie mówił, że w ogóle nie jest muzycznie, to jest tylko jeden kawałek, który mógłby się tu pojawić:

Jestem dziś w wyjątkowo trudnym położeniu, sam rzuciłem rękawicę w nieformalnej akcji “oglądasz-blogujesz”, ale po takim wpisie, trudno: primo – pokusić się o porównywalnie dobrą notkę, a secundo – napisać coś, czego jeszcze nie było. Mam jednak nadzieję, że i tak będzie inaczej.

W pierwszej chwili tytuł Wristcutters: A love story mówił mi dokładnie nic, podobnie jak jego jeszcze słabszy polski odpowiednik (Tamten świat samobójców). Olśniło mnie dopiero przy Pizzerii Kamikaze, bo przypomniałem sobie, że jakimś dziwnym przypadkiem, akurat ten zbiorek opowiadań Etgara Kereta czytałem. A potem sobie jeszcze nawet przypomniałem, że gdzieś o tym filmie czytałem, a potem jeszcze obejrzałem sobie trailer i dotarłem do paru ciekawostek – słowem, całkiem się napaliłem.

Niestety, nie mam aż takich zdolności, żeby z góry przewidzieć, co mi się będzie podobało (PDK!), ale tym razem rzeczywiście było sporo elementów, które mogłyby podsunąć taki trop. Jak to u Kereta, specyficzna mieszanka komedii i dramatu, polana całkiem surrealistycznym sosem. Okazuje się bowiem, że ludzie, którzy popełniają samobójstwo, wcale nie umierają, tylko zaczynają egzystować (?) w alternatywnym świecie. Świat ten nie różniłby się niczym od naszego, gdyby jego bohaterowie nie mieli dziur w głowach, czy pociętych nadgarstków. I już jest dobrze.

Dalej też jest dobrze, bo jednym z głównych bohaterów jest postać, która wzorowana jest na liderze Gogol Bordello, a prywatnie dobrym kumplu reżysera. Wiadomo więc, że przez większą część filmu będziemy słuchać ich muzyki, a jeden kawałek będzie nawet motywem przewodnim, ale o tym na koniec. Muzycznie pojawia się jeszcze Joy Division (oczywiście wiemy wszyscy co to może być za utwór, prawda?). I jest jeszcze Tom Waits, w pozornie nietypowej roli, ale dziwnie do niego pasującej.

Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie wspomniał o jeszcze jednym zjawiskushannyn-sossamon4, które nazywa się Shannyn Sossamon i mam nadzieję, że po tym, jak o niej wspominam, statystyki odwiedzin mojego bloga znacznie wzrosną. Podobno to właśnie o niej Graxam Coxon napisał piosenkę Spectacular, a wystarczyło mu do tego tylko zobaczenie jej zdjęć w Internecie. Właściwie trudno mu się dziwić. A jej bohaterka w filmie jest naprawdę, hm, urzekająca. I tak w ogóle jest w tym filmie cała plejada postaci, które tak po prostu można polubić (mimo, że nie żyją).

Odpowiadając na pytanie – nie porównuję filmu z książką, najlepiej poznać jedno i drugie. I chyba bym jednak, mimo wszystko, nie sprzątał przed.

Ponieważ E. już mi zabrała najlepsze klipy do notki, to zarzucam wspominany wcześniej motyw przewodni na tle fragmentu filmu:

Dziś trochę nietypowo, bo mało kulturalnie.

Od świętomarcińskich obchodów minęła już chwila, ale przemyślenia mam wciąż świeże, a w końcu od tego jest blog, by się nimi dzielić.

Mam taką swoją prywatną tradycję, że zawsze 11 listopada chodzę na Święty Marcin na paradę, kupuję rogala a potem idę na Wzgórze Świętego Wojciecha i Cmentarz Zasłużonych Wielkopolan. To moja próba odczarowania świąt narodowych, jako wielkich, nadętych i nudnych apeli, konferencji i pochodów. Zawsze sobie myślałem, że dzięki imieninom ulicy Poznań, jako chyba jedyne miasto w Polsce, mógłby zrobić coś, żebyśmy spróbowali inaczej patrzeć na naszą historię i umieli się cieszyć tym, czym możemy się cieszyć.

Nie będę pozował na obieżyświata, daleki też jestem od postawy pod tytułem “a bo na zachodzie to mają lepiej”, jednak nie mogę w tym miejscu nie przywołać Irlandii. Pisałem tu już kiedyś o Paradzie Świętego Patryka, więc powtórzę tylko kilka kwestii. Wielkie wrażenie zrobiły na mnie wszechobecne flagi, barwy i symbole irlandzkie, całe miasto było tego dnia dumne z tego, że jest irlandzkie, czuć było, że ludzie dumni są ze swojej irlandzkości i dumni są ze swojej Irlandii. Ale przecież nie jest tak, że to przyszło samo, bo ludzie są tam przecież tacy sami. Nie będę tu wnikał w oczywiste różnice polityczne czy ustrojowe, skupię się na czymś bliższym ziemi i dostępnym też dla nas, tu, w Poznaniu. To pewien przyjazny klimat, a przede wszystkim znakomita organizacja imprezy, w którą zapewne władze Dublina wkładają co roku sporo starań. Wszystko to sprawia, że ma się ochotę pochwalić tym przed znajomymi przyjezdnymi.

A co dostajemy w Poznaniu? Ogromny, nieopisany bałagan, brak jakiekogolwiek pomysłu, chaos, kicz, tandetę, krótko mówiąc – jeden wielki obciach. Za każdym razem mam nadzieję, że coś się zmieni, że ktoś odpowiedzialny za to, wreszcie usiądzie i tak zwyczajnie zaplanuje to wszystko. Tak, żeby wykorzystać potencjał tego święta i miejsca, żeby wreszcie dać ludziom w tym mieście coś więcej, niż tylko puste hasła reklamowe. Że w Poznaniu warto żyć? Ale dlaczego?

Pewnie, że to naiwne wierzyć w ludzi, którzy w ogóle nie mają żadnej koncepcji na rozwój miasta. Ale mimo wszystko jest “trochę” przykro, kiedy widzi się tak rzucającą się w oczy bezmyślność. Zamiast porządnie zorganizowanej rozrywki, festynowej rzecz jasna, mamy tłum ludzi bezładnie przeciskający się pomiędzy samochodami i tramwajami, tandetne stoiska wciśnięte w najdrobniejszy kąt ulicy, idiotyczne ustawienie sceny itd. Wstyd.

Czy to naprawdę takie trudne, żeby wpaść na to, żeby zamknąć całkowicie ruch kwartały wokół Zamku? Czy wymaga wielkiej inteligencji ustawienie straganów po obu stronach ulicy, tak, aby ludzie nie byli zmuszeni ryzykować zgniecenia w tłoku (współczuję rodzicom, którzy wybrali się tam z wózkami)? Czy to wielki wysiłek zatrudnić kilkanaście/dziesiąt osób do informacji, wykorzystać ten dzień do promocji i reklamy miasta? Ale czy w poznańskim Urzędzie Miasta, Wydział Promocji w ogóle służy do czegokolwiek? Aha, jeszcze moje prywatne i wielkie pozdrowienia dla policji, jeżdżącej na sygnale wśród tłumu. Pogratulować.

Cieszę się, że ktoś jeszcze zwrócił na to uwagę, szkoda tylko, że był to czytelnik Gazety Wyborczej, a dla dziennikarskiej braci impreza była udana. Gdyby to ode mnie zależało, wysłałbym parę osób na długi zagraniczny staż, choćby do tak bliskiego Berlina. Jedźcie tam i uczcie się, co miasto powinno robić, aby być przyjazne mieszkańcom, aby to miasto wychodziło do ludzi, po to, żeby później oni chcieli w nim żyć.

Poznań to miasto z możliwościami, wystarczy trochę dobrych pomysłów. Co stoi na przeszkodzie, aby stało się miejscem dobrym na weekend?

Tydzień ostatni upłynął mi pod znakiem podróży małych (Legnica) i trochę większych (Berlin), a dziś przecież jeszcze w Poznaniu Parada Świętomarcińska. Jakby tego było jeszcze mało, zostałem bez ostrzeżenia wkręcony w łańcuszek św. Antoniego poświęcony książkom. Raczej byłbym na nie, ale ponieważ zostałem przedstawiony jako “młody i zdolny”, to się jednak skuszę (na przyszłość proszę jednak pamiętać, żeby dodawać także – “przystojny”!).

O jakiej porze dnia czytasz najczęściej?

Jedno jest pewne – zdecydowanie nie między 9, a 17 ;) Jeżeli akurat nie mam gazety, to bardzo często czytam w drodze do pracy (pod warunkiem, że poszczęści mi się i mam tyle miejsca w tramwaju/autobusie, że mogę książkę otworzyć). Drugi moment, to już raczej późny, niż wczesny wieczór. Bywa, że do oporu.

Gdzie czytasz?

Zazwyczaj jednak w domu, ale jak wyżej – tramwaj/autobus też bywa dobrym miejscem. Jeśli w domu, to tylko kanapa/fotel/łózko, żadne tam biurko. Poza tym uwielbiam czytać w pociągu, chociaż ostatnio już mniej z nich korzystasz. Gdy jeszcze byłem na studiach i ruszałem nad morze, bardzo nie lubiłem marnować tych 5 godzin i poświecałem je na lekturę. Za to nigdy nie czytam w samochodzie albo dalekobieżnych autobusach, mam lekką chorobę lokomocyjną i skaczące przed oczami literki, powodują u mnie pewien dyskomfort.

Jeśli czytasz (na leżąco) w łóżku, to czytasz najchętniej na plecach czy na brzuchu?

Tylko na plecach, bo w ogóle nie lubię leżeć na brzuchu.

Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?

Na takie pytania z reguły nie odpowiadam, podobnie jak w przypadku muzyki – za dużo tego, a określenie – czytam dobre książki – nie mówi zupełnie nic. Lubię trochę sf, np. spod znaku Dicka, czytam literaturę popularną, jak Hornby, zaglądam często do książek historycznych. A tak, także czytam gazety i blogi. Wystarczy?

Jaką książkę ostatnio kupiłeś?

Parę dni temu, Jedenaście Świetlickiego. Jako fanatyczny miłośnik jego twórczości każdej i posiadacz niemal każdej pozycji książkowej i płytowej, musiałem po prostu to mieć. Nie tylko w ramach uzupełnienia kolekcji. Polecam, porcja dobrej zabawy.

Co czytałeś ostatnio?

Zdarza mi się czytać po kilka ksiażek jednocześnie, a ostatnio dokończyłem Przygodę z owcą Murakamiego, wróciłem do About a boy Hornby’ego, po to, aby sprawdzić, jak ten styl brzmi w oryginale (brzmi lepiej, niż po polsku) oraz zaliczyłem Reglamentowaną rewolucję dra Antoniego Dudka o przemianach w Polsce lat 1988-1990.

Co czytasz aktualnie?

Właśnie wspomniane powyżej Jedenaście.

Używasz zakładek, czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?

Tylko zakładki, ale nie takie specjalne, kupowane czy przygotowywane w specjalny sposób. Może nie są to opakowania po wafelkach, ale wszelkiego rodzaju bilety już jak najbardziej. Moją ulubioną zakładką jest bilet z tramwaju w Dublinie. Taki sentyment, nie tylko do LUASa.

Co sądzisz o książkach do słuchania?

Nie mogę się przekonać, chyba zresztą żadnej nie przesłuchałem w całości. Czasem zdarza mi się słuchać książki w odcinkach gdzieś w radio, ale zwykle przeszkadza mi narzucana aktorska interpretacja. Wolę czytać po swojemu i samemu wyobrażać sobie książkowe światy.

Co sądzisz o e-bookach?

I tak, i nie. Mam ich trochę na dysku, ale rzadko tam zaglądam, męczy mnie czytanie większych tekstów na ekranie komputera. Na pewno przydają się w przypadku trudniej dostępnych pozycji (ostatnim razem czytałem e-książkę przy okazji premiery SB a Lech Wałęsa), ale na pewno całkowicie na tę formę bym się nie przestawił.

A w ramach sztafety, może zmoblizuję Panów Kolegów? Panie Michale i Panie Janie, prosimy :)

Muzycznie to się średnio wiąże z dzisiejszym wpisem, ale nie mogło tego zabraknąć po ostanim weekendzie :) PDK KMWTW!

Nie należę do osób, które przywiązują nadmierne znaczenie do wszelkiego typu rocznic czy innych świąt. Zazwyczaj to po prostu kolejna kartka w kalendarzu. Nie wiem jednak dlaczego, dziś chciałbym się czymś osobistym podzielić. Dziś chyba będzie tu trochę więcej emocji.

Każdy ma pewnie takie wymarzone koncerty, na których chciałby być. I zazwyczaj, nawet jeśli jest to skład nowojorski, to jakaś iskierka nadziei może się tlić. Jednak jeśli chodzi o moje dwa absolutnie upragnione koncerty, niezależnie jak patetycznie dziś to zabrzmi, szansa odeszła wraz z nimi. Moi dwaj muzyczni mistrzowie, którzy w bardzo dużej mierze ukształtowali moją wrażliwość.

Elliott Smith i Jeff Buckley. Nie czas to ani pora na wikipedyjne wpisy. Ważniejsze jest to, co po nich zostało w sercach wszystkich ich fanów, choć lepiej byłoby powiedzieć – wyznawców. Nie potrafię o nich myśleć w kategoriach czystych relacji wykonawca – odbiorca. Te światy, które obaj wykreowali, są czymś znacznie więcej.

Elliott. Zupełnie u nas nieznany i niedoceniony. W ogóle mam wrażenie, że gdy żył, większość nie miała pojęcia, z jak wielkim geniuszem obcuje. Czasem, gdy przeglądam amatorskie nagrania z jego występów w małych amerykańskich barach, gdzie bilet kosztował całe 3 dolary, widać, że dla niektórych to był tylko dodatek do drinka. Ale nie dla niego. Zawsze bardzo skupiony i zaangażowany, ale i zawstydzony tym, że tak bardzo się przed widzami otwiera. Bo przecież nie był jakimś tam piosenkarzem, czy gitarzystą. Był także, a może przede wszystkim – niezwykłym poetą.

Dosłownie wczoraj, w trakcie rozmowy z D., stwierdziłem, że to, czego najbardziej szukam w muzyce to prawda i prostota. I wszystko to odnalazłem właśnie u Elliotta. Pozornie te teksty są całkiem przyziemne i nie opowiadają o niczym szczególnym, ot, jak to już tysiące razy, skomplikowane relacje damsko-męskie etc. Smith potrafił jednak jednym słowem zagrać na najbardziej wrażliwej strunie i dosłownie porozdzierać od środka. Niezwykły, niesamowity nadwrażliwiec, zagubiony, schowany, żyjący w swojej małej niszy, która to okazała się jednak dla niego zbyt ciasna.

Mam wrażenie czasami, że jeszcze nie dorosłem, by pisać o jego muzyce. Oczywiście, wiem, że wywodzi się to ze wspaniałej tradycji amerykańskiego songwriterstwa. Że jest autor, jego gitara i wokal. Ale w tej muzyce zamknięte są tak głębokie pokłady emocji, że jestem na to trochę zbyt mały. Po prostu posłuchajcie, jeżeli te dźwięki pozostawią Was zupełnie niewzruszonymi, to a Waszą wrażliwością chyba coś nie tak:

Elliott Smith żył tylko 34 lata. 21 października 2003 roku popełnił samobójstwo.

Jeff, syn wielkiego Tima Buckleya. Zdążył nagrać zaledwie jedną dużą płytę i jedną małą EPkę. Pozostała część materiału ukazała się już po jego śmierci.

Kiedy pierwszy raz usłyszałem Grace, dosłownie oniemiałem. Siedziałem i słuchałem tej płyty jak zahipnotyzowany. Głos Jeffa przechodził mnie dreszczami, a gdy wybrzmiewały ostatnie dźwięki tej płyty poczułem jak oblewa mnie zimny pot. I nawet dziś, gdy do niej wracam, mimo, że znam ją niemal na pamięć, potrafi wywołać we mnie te same, głębokie doznania.

Jeff to przede wszystkim głos, mimo, że był też szalenie zdolnym multinstrumentalistą. Głos, w którym pobrzmiewają wszystkie emocje i uczucia świata. Krzyk i szept, miłość i śmierć. Tragedia, wrażliwość, charyzma. Znowu, niech lepiej zamiast moich słów, przemówi muzyka:

Jeff Buckley przeżył niecałe 31 lat. 29 maja 1997 roku utonął w wodach Mississipi.

To taki mój mały hołd dla dwóch wielkich muzyków i wielkich ludzi.