Biedactwo się ostatnio trochę pochorowało, więc nie miało za bardzo ochoty na cokolwiek, za to nadrobiło zaległości serialowe i dzisiaj to podsumuje.
Nie wiem, czy to ze mną jest coś nie tak, czy ze światem, ale ogólnie jestem na nie.
Na pierwszy ogień idzie Fringe. Może wielki wstyd to nie jest i pewnie będę na to zerkał od czasu do czasu, ale jak za produkcję zabiera się facet od Lost, to można jednak oczekiwać czegoś więcej niż taniej zrzynki z X-Files. Schemat jest, niestety, bardzo podobny. Jest sobie agentka FBI, której partnerują genialny naukowiec z problemami natury psychicznej i jego syn z problemami natury hazardowej, a wszyscy pracują dla quasi-tajnej, ale na pewno nieprzejrzystej organizacji. Naprzeciw nim staje seria niewyjaśnionych zjawisk paranormalnych (naprawdę ktoś taki jak JJ Abrams mógł nie widzieć już tego gdzieś wcześniej?), po częście wytłumaczalnych przy pomocy (para)naukowych teorii naszego genialnego profesora. Całkiem to efektowne, ale przy tym nudne i przewidywalne. Nie chciałem oceniać produkcji po pilocie, po w przypadku choćby wspomnianego Lost nie sprawdziłoby się to wcale. Drugi odcinek był jednak jeszcze słabszy. Ogromny budżet, znakomita realizacja, ale największe wrażenie robią chyba przewijające się co jakiś czas przez ekran trójwymiarowe litery. A miało być tak dobrze:
Uwaga, ostrzegam, że im dalej, tym będzie gorzej.
Californication. Omujborze. I na tym właściwie powinienem poprzestać. Nie mam oczywiście złudzeń, że “business is business” i “kasa misiu, kasa”, ale i tak tego misia, który wymyślił ten drugi sezon skazałbym na przymusowe oglądanie Klanu na zmianę z Plebanią. A poza tym pokazywałbym to dziwadełko na zajęciach dla przyszłych scenarzystów i producentów pod nazwą: “Jak się NIE powinno robić kontynuacji serialu”. Skopali niemal wszystko. Komuś się tam chyba wydało, że nie ważne, że widzowie z zasady i natury przywiązują się do bohaterów i jednak jakieś cechy charakterystyczne powinno się mu zostawić, żeby przynajmniej można było poznać, że to na pewno on. Hank Moody był gościem, którym nigdy nie moglibyście (ja też nie mógłbym) być – miał cięty język, świetnie pisał, pił najlepszą whiskey, wciągał najlepsze narkotyki i wcale nie musiał się starać, żeby każdej nocy bzykać inną (najlepszą, rzecz jasna) panienkę. No to wyobraźcie sobie, że już możecie przestać marzyć, bo Hank jest zwykłym facetem, niespecjalnie się upija, sypia z jedną i tą samą kobietą. Mało tego, nauczył się odmawiać! I to komu? Temu dziewczątku – 
Może się mylę, ale coś tu się chyba nie zgadza? Oczywiście, seksu nadal jest pod dostatkiem, nie brakuje pieprznych dialogów, ale wszystko to takie na siłę. Bez stylu po prostu.
Został mi jeszcze drugi sezon Terminatora, ale o nim naprawdę wypadałoby zamilczeć. Zupełnie mnie nie przekonuje, mimo, że to taki samograjek. W filmie akcji (nawet jeśli to sf), powinno być przede wszystkim napięcie albo przynajmniej namiastka intrygi. Nawet mi się nie chce tym razem pisać, co otrzymujemy. Obstawiam, że oglądalność spadnie na łeb, na szyję i nastąpi szybki koniec emisji. Nuda.
A na koniec, dla odmiany coś, co może być ciekawe. Little Britain USA już tuż tuż. Aha, zapowiadam jeszcze, że następnym razem będzie mniej marudzenia, bo właśnie odsłuchałem kilkanaście razy najnwoszą produkcję grupy Mogwai i będę się rozpływał.