wrzesień 2008


Biedactwo się ostatnio trochę pochorowało, więc nie miało za bardzo ochoty na cokolwiek, za to nadrobiło zaległości serialowe i dzisiaj to podsumuje.

Nie wiem, czy to ze mną jest coś nie tak, czy ze światem, ale ogólnie jestem na nie.

Na pierwszy ogień idzie Fringe. Może wielki wstyd to nie jest i pewnie będę na to zerkał od czasu do czasu, ale jak za produkcję zabiera się facet od Lost, to można jednak oczekiwać czegoś więcej niż taniej zrzynki z X-Files. Schemat jest, niestety, bardzo podobny. Jest sobie agentka FBI, której partnerują genialny naukowiec z problemami natury psychicznej i jego syn z problemami natury hazardowej, a wszyscy pracują dla quasi-tajnej, ale na pewno nieprzejrzystej organizacji. Naprzeciw nim staje seria niewyjaśnionych zjawisk paranormalnych (naprawdę ktoś taki jak JJ Abrams mógł nie widzieć już tego gdzieś wcześniej?), po częście wytłumaczalnych przy pomocy (para)naukowych teorii naszego genialnego profesora. Całkiem to efektowne, ale przy tym nudne i przewidywalne. Nie chciałem oceniać produkcji po pilocie, po w przypadku choćby wspomnianego Lost nie sprawdziłoby się to wcale. Drugi odcinek był jednak jeszcze słabszy. Ogromny budżet, znakomita realizacja, ale największe wrażenie robią chyba przewijające się co jakiś czas przez ekran trójwymiarowe litery. A miało być tak dobrze:

Uwaga, ostrzegam, że im dalej, tym będzie gorzej.

Californication. Omujborze. I na tym właściwie powinienem poprzestać. Nie mam oczywiście złudzeń, że “business is business” i “kasa misiu, kasa”, ale i tak tego misia, który wymyślił ten drugi sezon skazałbym na przymusowe oglądanie Klanu na zmianę z Plebanią. A poza tym pokazywałbym to dziwadełko na zajęciach dla przyszłych scenarzystów i producentów pod nazwą: “Jak się NIE powinno robić kontynuacji serialu”. Skopali niemal wszystko. Komuś się tam chyba wydało, że nie ważne, że widzowie z zasady i natury przywiązują się do bohaterów i jednak jakieś cechy charakterystyczne powinno się mu zostawić, żeby przynajmniej można było poznać, że to na pewno on. Hank Moody był gościem, którym nigdy nie moglibyście (ja też nie mógłbym) być – miał cięty język, świetnie pisał, pił najlepszą whiskey, wciągał najlepsze narkotyki i wcale nie musiał się starać, żeby każdej nocy bzykać inną (najlepszą, rzecz jasna) panienkę. No to wyobraźcie sobie, że już możecie przestać marzyć, bo Hank jest zwykłym facetem, niespecjalnie się upija, sypia z jedną i tą samą kobietą. Mało tego, nauczył się odmawiać! I to komu? Temu dziewczątku –

Może się mylę, ale coś tu się chyba nie zgadza? Oczywiście, seksu nadal jest pod dostatkiem, nie brakuje pieprznych dialogów, ale wszystko to takie na siłę. Bez stylu po prostu.

Został mi jeszcze drugi sezon Terminatora, ale o nim naprawdę wypadałoby zamilczeć. Zupełnie mnie nie przekonuje, mimo, że to taki samograjek. W filmie akcji (nawet jeśli to sf), powinno być przede wszystkim napięcie albo przynajmniej namiastka intrygi. Nawet mi się nie chce tym razem pisać, co otrzymujemy. Obstawiam, że oglądalność spadnie na łeb, na szyję i nastąpi szybki koniec emisji. Nuda.

A na koniec, dla odmiany coś, co może być ciekawe. Little Britain USA już tuż tuż. Aha, zapowiadam jeszcze, że następnym razem będzie mniej marudzenia, bo właśnie odsłuchałem kilkanaście razy najnwoszą produkcję grupy Mogwai i będę się rozpływał.

Wrzesień pomału ma się ku końcowi, a zatem premiery miało już większość amerykańskich seriali tej jesieni. Dziś małe podsumowanie z dwóch pilotów, które to w odróżnieniu od wcześniejszych serialowych wpisów, całkiem mi się podobały.

True blood, zapowiadany jako nowy wielki hit HBO, jak na razie nie rozczarowuje, choć zapewne nie każdemu będzie się podobać. Reżyserem produkcji jest Alan Ball, znany z American beauty, który na rynku telewizyjnym wsławił się znakomitym Six feet under. Tym razem to coś zupełnie nowego, ale ponownie trudnego do klasyfikacji (chyba najbliżej będzie romanso-horror). Serial powstał w oparciu o serię Southern Vampire autorstwa Charlaine Harris i, w dużym skrócie, jest historią parasymbiotycznego życia wampirów w środowisku ludzi. Pomysł zatem cakiem oryginalny, IMO udało się trochę ciekawego z niego wykrzesać.

Przede wszystkim Anna Paquin (tak, tak, to ta od Oscara za Fortepian), jako Sookie Stackhouse (imię pewnie nieprzypadkowe), która nie dość, że zakochuje się w wampirze, to jeszcze potrafi czytać w myślach. Jak to zwykle w produkcjach HBO, nie brakuje śmiałych scen erotycznych, które tym razem są jeszcze bardziej odważne, bo dotyczą przecież seksu między gatunkami (czy jak to tam nazwać). W każdym razie, motyw o wampiratach, czyli ludziach, których podnieca seks z wampirem, wydał mi się tu chyba najciekawszy (bez złośliwych komentarzy pls ;)

A poza tym, sam nie wiem dlaczego, podoba mi się ten obraz Ameryki. Z zupełnie niewyjaśnialnych powodów lubię taką prowincję, jak w tym miasteczku w dalekiej Luizjanie. I lubię takie knajpy, jak Merlotte’s, które nieodparcie przywodzi mi na myśl klimaty z filmów Tarantino czy Rodrigueza.

Zdecydowanie daję tu szansę. Mały smaczek:

Drugi pilot, jaki udało mi się zaliczyć w weekend, to Sons of anarchy. Niektóre reklamy mówiły, że mają to być Sopranos na motorach. Coś może w tym jest, ale mi bardziej przypomina się trochę niedoceniany serial The Black Donnellys, być może z uwagi na irlandzkie korzenie bohaterów w obu produkcjach. Wydaje mi się, że jednak mniej tu ironii i czarnego humoru niż u Sopranos.

Największą atrakcją SOA jest chyba Ron Perlman aka Najbrzydszy Człowiek Świata aka Hellboy. Po 45 minutach jeszcze niewiele da się napisać, ale wygląda na to, że będzie miał nawet coś do zagrania.

Na razie wiemy tyle, że gang harleyowców, po utracie hippisowskich ideałów, zajmuje się handlem bronią i walką z konkurencyjnymi organizacjami. W tle rozgrywa się rodzinny dramat syna założyciela SOA, a w kolejnych odcinkach szykuje się zapewne odkrycie następnych “duchów przeszłości”. Galeria postaci jest tu naprawdę pokaźna, wszystko nakręcone naprawdę sprawnie i wyjątkowo dobrze się ogląda. Może to być przebój wśród premierowych produkcji (zagrozić może mu jeszcze Fringe, ale o nim napiszę, jak tylko nadrobię zaległości z drugiego odcinka).

A tak to się prezentuje w urywku:

Leciutko jestem spóźniony, bo inauguracja jubileuszu już się zaczęła, ale i tak jeszcze sporo przed nami.

W bieżącym roku poznańskie kino obchodzi 100-lecie swoich “urodzin” i obchodzi to bardzo hucznie, bo dokładnie na 100 dni do Sylwestra rozpoczęło dziś cykl prezentacji dokładnie 100 filmów. Za dużo by opowiadać o wszystkim w szczegółach, bo prawie każdemu z filmów można by poświęcić osobny wpis, a cały plan znajdziecie tutaj

Miłośników kina (nie tylko Kina Muza) specjalnie przyciągać nie trzeba. Dla niezdecydowanych i niezorientowanych, napiszę tylko, że w urodzinowym cyklu będziemy mieć okazję zobaczyć na dużym ekranie co najmniej kilka filmów, których nie tylko nie sposób szukać w repertuarach innych kin, ale także trzeba mieć nie lada szczęście, aby odnaleźć je w tv bądź dvd. Już w najbliższym tygodniu, w pierwszej puli, pod nazwą “Historia kina”, zaprezentowane będą m.in.: Pancernik Potiomkin, Błękitny anioł, Metropolis czy Dyktator. Oj, już widzę jak mój portfel chudnie ;)

A jeśli nie wystarczą tytuły, zajrzyjcie tam dla samego klimatu miejsca. To nie tylko najstarsze nadal działające kino w Poznaniu, ale przede wszystkim kino z niezwykłą atmosferą, które się pamięta i gdzie po prostu lubi się powracać. Kojarzy mi się od zawsze z Cinema Paradiso, a to chyba rekomendacja najlepsza z możliwych.

KNO popiera (czasami) również wyższą odmianę kultury. Przybywajcie zatem do Muzy, bo może nawet uda wam się spotkać tam mnie ;)

Jakoś nie miałem dziś pomysłu na kreatywny tytuł notki (tak, jakbym zazwyczaj miał ;) Miało być oczywiście o czymś innym, ale znów muszę zwalić winę na przypadek. Zatem Hank Moody musi jeszcze grzecznie poczekać na swoją kolej, bo gwiazdą wieczoru jest panienka Little Boots.

Pamiętacie SoKo? Pisałem o niej tutaj, w dużym skrócie – kolejna zdolna osóbka, której się w jakimś tam stopniu poszczęściło, bo ktoś akurat zawędrował na jej profil na Myspace. Przypadek Little Boots jest dość podobny (jak zresztą wiele innych), a napominam o tym tylko dla nakreślenia sytuacji lirycznej.

Podczas żmudnego przeklikiwania się przez zarośla Internetu, wpadłem na to:

I zaniemówiłem prawie.

Tym razem zaryzykowałem z video w środku wpisu, mam nadzieję, że komuś się mimo wszystko będzie jeszcze chciało doczytać do końca ;) Ten kawałek to, jak się pewnie zorientowaliście, cover znakomitego utworu Ready for the floor grupy Hot Chip. Może rewolucji z tego nie będzie, ale ponownie jest w tym “coś” bliżej nieuchwytnego i raczej nieokreślonego.

Poza wokalem (no i dziewczyną, rzecz jasna ;) uwagę skupia tajemniczy przedmiot, który trzyma w rękach. Mnie też to zaintrygowało i okazało się, że jest to Tenori On, techniczna nowinka Yamahy, szczegóły na stronie producenta, bo już samo określenie “instrument składający się z 16×16 macierzy diod LED, które zarazem są przełącznikami pozwalającymi na zmianę tempa i rytmu tworzonej przez siebie muzyki” brzmi dość skomplikowanie. Ale dla mnie ważniejsze, że fajnie to to brzmi i jeszcze fajniej wygląda. A w okolicznościach przyrody pod tytułem “przyciemnione światło w sypialni młodej niewiasty” to już w ogóle ;)

O samej Little Boots trudno dowiedzieć się czegoś więcej. Oczywiście, ma swój profil na Myspace, kanał na YouTube a z jej stronki możecie za darmo i legalnie zassać jej promocyjny mixtape. Udało jej się wydać singiel, ruszyła nawet w trasę koncertową (dotrze całkiem blisko, bo do Berlina).

Jak pisałem, rewolucji z tego nie będzie, ale głosik ma całkiem przyjemny. W każdym razie trzymam kciuki, każdy powiew świeżości na scenie electro jest mile widziany.

PS. Pannę Little Boots możecie znaleźć także na naprawdę znakomitej składance 2up Jukebox: Loser vol. 1 – Sunshine Kac Pistols

Ale z braku miejsca wymienię tylko kilka najistotniejszych.

Właściwie sam jestem sobie winien. Nie wiem co mnie podkusiło (prawdopodobnie wyjątkowo nieudany weekend), że znakomitym podsumowaniem wieczoru będzie projekcja 1408. No to się doigrałem.

Nie jestem specjalnym miłośnikiem Stephena Kinga, ale coś tam kiedyś zdarzyło mi się przeczytać i obejrzeć na podstawie jego pisania. Ogólną orientację w tej dziedzinie mam i wiem, że jak kto potrafi, to jest w stanie całkiem nieźle na ekranie przestraszyć. Bo chyba po to właśnie wymyślone horrory czy inne thrillery?

Ale się nie udało. Z całym szacunkiem, Mikael Hafstrom może i zrobił jeden niezły film (szwedzkie Ondskan, czyli Zło po polsku), ale do Hitchcocka to mu jednak daleko. Koncept był za to szalenie ambitny – zdecydowana większość przestraszania dzieje się w 4 ścianach, którym towarzyszy nasz główny bohater, pisarz goniący za duchami. Tenże Mike Eslin (w tej roli John Cusack – MSPANC – sory, jak on może kogoś przerazić?) jest doświadczonym przez los, szczerze wątpiącym we wszystko autorem przewodników po nawiedzonych miejscach. W ten sposób trafia do tytułowego pokoju 1408, który doświadcza go jeszcze bardziej, bo okazuje się być bramą do samych piekieł.

Ale strasznie się zrobiło, prawda?

Dobra, trochę może przyzłośliwiam na siłę. Mógłbym jeszcze spróbować wniknąć w niezwykle wątłą psychologiczną strukturę filmu, niestety nie mam aż takich umiejętności iluzjonistycznych. 1408 to klapa w całej rozciągłości w swojej kategorii. Gdyby wystawiono go do konkurencji “kino familijne” może by się udało, kto wie, być może nawet jakieś dzieciaki z przerażenia nie mogłyby zasnąć. Być może zmęczony ojciec rodziny między jednym a drugim przymknięciem oka zwróciłby nawet uwagę na prawdziwie disneyowskie efekty specjalne. Ale jeśli chodzi o horroro-thrillery, jest zdecydowanie zbyt nudno.

Na plus mogę jedynie zapisać brak niepotrzebnego epatowania krwią i flakami. Trochę to jednak mało.

Dziś nie będzie obrazka ani video, bo nie warto. Ja się nabrałem i straciłem prawie 2 godziny z życia, wy nie musicie.

…bo staniała wódka. Tak kiedyś pisał Czerski, przy okazji projektu Towary Zastępcze. Ja będę mniej metaforyczny i znacznie bardziej przyziemny. W moim małym świecie wyznacznikiem jesieni są premiery i nowe sezony amerykańskich seriali telewizyjnych ;) Trochę się tego pomału już zbiera, będzie więc o czym w KNO pisać.

W moim prywatnym rankingu to była (nadal jeszcze jest) produkcja numer jeden. Właściwie nie ma sensu się dziś rozpisywać, bo pewnie większość Dextera już zna (a reszta właśnie poznaje go z TVNu). Mam więc pewien problem z odcinkiem 3×01. Bo niby wszystko jest ok, trzyma poziom, ale…

Pisał już o tym Quentin, a ja muszę się zgodzić – do cholery, to już było! Pewnie, że Dex jest jedną z najciekawszych postaci serialowych ever, ale my się już znamy. Nie trzeba wiernemu widzowi tłumaczyć dlaczego jest taki, jaki jest, co nim powoduje, skąd, po co i w jakim tempie. Teoretycznie, nie ma się czego czepiać. Jest nowa historia, tylko problem, że ona ani w jednym centymetrze nie jest zupełnie nowa. I wszystko byłoby jak najbardziej ok, pod warunkiem, że to byłby to pilot serii.

Uwaga, możliwe spoilery.

Jeśli widzieliście poprzednie sezony, nie będziecie zaskoczeni. Dexter współpracuje z policją, a po godzinach czyści świat z chwastów. Jego siostra siarczyście bluzga i pragnie odznaki. Masuka nie przestał świntuszyć, Angel jest poczciwym wielkoludem (mimo, że awansował). Rzecz jasna, scenarzyści fundują nam kilka nowych postaci, ale na razie porównanie choćby z takim Doakesem wypada blado. Ok, no może wyróżniłbym Yuki Amado, funkcjonariuszkę z Wydziału Wewnętrznego. Ale to i tak raczej przez wzgląd na moje zamiłowanie do dalekowschodniej urody niż z bardziej obiektywnych przyczyn.

Ale żeby nie było, że cały czas wieje nudą i schematem. Czy mi się tylko zdaje, czy Dexter i Rita bez przerwy chodzą do łóżka? Średni to pomysł na przemianę, ale jak się nie ma co się lubi… W każdym razie, wygląda na to, że Dexter zaczyna nabierać trochę więcej “ludzkich” cech. Zaczyna to także wpływać na jego hobby i stosunek do słynnego Kodeksu. No, niech będzie, jakieś pole manewru jest. Z większą krytyką wstrzymam się do drugiego odcinka. Na wszelki wypadek nie będę też jeszcze dziś sprzedawał wszystkich “momentów dramatycznych” epizodu Our father.

W kolejce czeka drugi sezon Terminatora oraz premierowe piloty Sons of anarchy oraz True blood. Szczegóły już wkrótce.

Przypadek, czasami dobra rzecz, szczególnie, jak ma się ucho na przypadki wyczulone. A było to tak.

Moje mizerne obiado-kolacje zwyczajowo wypełniam sobie głosem radia, bo to prawie jakby ktoś do mnie mówił ;) I parę dni temu, niezawodne zwykle Radio Euro wypuściło pewien smaczny kąsek, który w tym miejscu spowoduje jeszcze jedną dygresję.

Zdarza mi się mieć całkiem swobodny stosunek do mało ambitnej muzyki, niejako w formie odtrutki na atystów napuszonych, przerośniętych i pustych. Cenie sobię również ludzi z pomysłem, którzy swoje granie traktują na zasadzie ironicznej gry z odbiorcem i całym tym światem wytwórni i teledysków, a ponadto cechuje ich jeszcze spora dawka dystansu do samych siebie. Tym nieco pokrętnym sposobem docieramy do projektu pod nazwą 2 many DJs.

Dwójka Belgów, bracia David i Stephen Dewaele, sławę na undergroundowej scenie tanecznej zdobyli w 2001 roku na nowo eksplorując i wykorzystując termin “mashup”. Zasada jest pozornie banalna i prosta: wybierasz dwa (lub więcej) kawałki, z jednego wyciągasz ścieżkę z muzyką, z drugiego sam wokal i dowolnie to sobie samplujesz. 2 many DJs spędzili ponoć aż 2 lata na szukaniu sampli do swojego debiutu, na którym wykorzystują aż 45 różnych utworów. Pierwszym hitem był A Stroke of Genie-us, mashup Christiny Aguillery i The Strokes. Kolejne składanki spod znaku As heard on Radio Soulwax oraz Hang all DJs stały się klasyką w swojej klasie.

Innym ważnym wydarzeniem w tej kategorii w ostatnich latach była produkcja osobnika ukrytego pod pseudonimem DJ Danger Mouse, który wydał The Grey Album, czyli mashup The Black Album Jaya-Z z klasycznym wydawnictwem The Beatles (znanym powszechnie jako tzw. The White Album tej formacji). Udało mu się sporo namieszać, również dlatego, że w pewnym momencie okazało się, że EMI nie zamierzało wydawać zgody na swobodne samplowanie Beatlesów. Ostatecznie wydano go w limitowanej liczbie 3 tysięcy płyt, ale został zauważony nie tylko przez fanów w Internecie, ale także krytyków chociażby z New Yorkera.

Dlaczego o tym wszystkim? Bo Jay-Z “niechcący” stał się niedawno uczestnikiem podobnego zamieszania. Jak pewnie pamiętacie amerykański raper był jedną z największych gwiazd tegorocznego festiwalu Glastonbury, dotąd tradycyjnie kojarzonego z muzyką rockową. Tym samym stał się atakiem, przodujących w tego typu okazjach, muzykach formacji Oasis, która również prezentowała się w tym miejscu. Wydawałoby się, że ten marketingowy wyskok został już przez wszystkich, tymczasem szerzej nieznany dj Cookinsoul postanowił udowodnić, że te dwa style muzyczne wcale nie stoją od siebie w opozycji i stworzył mashup pod nazwą Ojayzis. Nie jest to oczywiście żadna wielka muzyka, ale nie to tu chodzi. Fajnie czasem posłuchać czegoś całkowicie świeżego, spojrzeć na znane dobrze utwory w inny sposób i uśmiechnąć się na myśl o szalonych głowach młodych producenckich głów. Nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby ktoś wreszcie podziękował już wyeksploatowanym do granic możliwości Timbalandowi czy Pharellowi. Mashupy aż kipią od dobrych pomysłów realizatorskich.

Album Ojayzis można całkowicie legalnie i za darmo ściągnąć ze strony Cookinsoul

A na zakończenie, jak może brzmieć mashup Soulwax i Metalliki w wydaniu formacji Justice:

Co byś zrobił ze światem? Spaliłbym go!

Wreszcie udało mi się dotrzeć do kina (mimo, że mam je praktycznie po drugiej stronie ulicy) i zobaczyć długo wyczekiwanego Mrocznego rycerza. W tym czasie multipleks zdążył już wywietrzeć z tłumów, a ja ponownie zaobserwowałem, że samotna wycieczka na film, nie jest wcale taka cool. Spokojnie, KNO nie przemienia się w emoblog. Thanks God, mamy blogosferę, gdzie mogę sobie poużywać ;)

Najpierw małe wprowadzenie. Kiedy na początku lat 90. do Polski przybyły pierwsze amerykańskie komiksy, wydawane pod jakże zgrabnym szyldem TM Semic, podzieliłem się z bratem superbohaterowymi fascynacjami. On kolekcjonował Spider-Mana, a ja Batmana. Pamiętam też, kiedy pierwszy raz przeczytałem i obejrzałem Mrocznego Rycerza w wersji Franka Millera. To był ten styl mściciela z Gotham, który najbardziej mi odpowiadał. Oczywiście, kiedy pojawiły się ekranizacje autorstwa Tima Burtona, byłem zachwycony, ale dziś myślę, że chyba dlatego, że nie miałem porównania. Niektóre elementy tej historii pominę milczeniem, bo po co się denerwować wspominając to, co powyczyniał Joel Schumacher. A potem stała się jasność i nadszedł Nolan ze swoją świtą. A właściwie zapadł mrok.

Mrok, tego właśnie szukałem, to najbardziej pociągało mnie w postaci Batmana. Burtonowska wizja była dla mnie trochę zbyt kolorowa, to nie był mój jarmark. Nolan był gościem, który mógł sprostać zadaniu zmierzenia się z ciemną stroną duszy Człowieka-Nietoperza. Lubię jego spojrzenie i zaangażowanie w kino, mam satysfaakcję z gry, którą reżyser bardzo umiejętnie prowadzi z widzem. Dobrze się razem bawimy. No to juz chyba nie będzie zaskoczenia, że i tym razem było dobrze i że napiszę coś dobrego.

Powiem krótko – rozrywka na wysokim poziomie, nawet się zdziwiłem, że to aż 152 minuty, tak to sprawnie nakręcone. Odpuszczę sobie zachwyty nad warstwą techniczną, bo wiadomo, że jak się ma wysoki budżet, to można kupić najlepszych specjalistów, zrobić świetne zdjęcia, nagrać znakomity dźwięk i jeszcze to wszystko mistrzowsko pomontować. I się udało. Dodam jeszcze, że efekty specjalne są tam, gdzie być powinny, nie są przesadzone i nie przeszkadzają. Ale klimat, o to mi chodziło. Oh yes, you made my day ;)

Można z całą pewnością, że po tym filmie słowo “szaleństwo” nabrało całkiem nowych znaczeń. Oto przeciwko Batmanowi stanęło dwóch największych psycholi, o jakich słyszał świat. Joker i Two-Face.

Najpierw ten pierwszy. Wiem, że w obliczu śmierci Heatha Ledgera, pisanie o jego roli jest balansowaniem na granicy kiczu i nastolatkowej fascynacji zmarłym idolem. Ale siedząc dziś w kinie w ogóle nie myślałem o tym, że mam przed sobą jakiegoś aktora. Widziałem tylko wielkiego świra, wariata i psychopatę. Scena ze “znikającym” ołówkiem autentycznie mnie przeraziła. Joker nie był tu żadnym klaunem, to był perwersyjny anarchista, czerpiący satysfakcję z braku poszanowania dla reguł i zasad. Pewnie, że pamiętam Jacka Nicholsona z pierwszego Batmana. Ale właśnie, pamiętam, że to był Wielki Jack. Ten Joker pozostanie dla mnie tylko i aż Jokerem. Postacią do cna chorą i przerażającą. Za parę lat będzięcie nią straszyć swoje dzieci.

Two-Face wcale nie jest gorszy, choć długo się rozkręca. Aaron Eckhart daje radę. Bardzo podobała mi się jego charakteryzacja po wypadku, taka odrealniona, bliska komiksowym wyobrażeniom. W tym szaleństwie naprawdę jest metoda.

Na plus odbieram również wymianę aktorki grającej Rachel Dawes. Niech Katie Holmes zajmuje się jednak rodziną i kościołem scjentystów, bo w poprzedniej części była zdecydowanie zbyt drewniana. Co prawda Maggie Gyllenhaal też nie ma zbyt wielkiego pola do popisu, ale i tak bardziej mnie przekonuje.

I wreszcie Jego Mroczność w pełnej krasie. Bale jaki jest, wszyscy wiemy, poniżej pewnego poziomu nie schodzi. Ważniejsze było dla mnie, jak Nolan poprowadzi tym razem postać. I przez dłuższą część filmu byłem rozczarowany. Batman był zbyt jednowymiarowy, niemal przezroczysty. Wydawał się rycerzem bez skazy, tak jakby zapomniano o tym, że jest przecież Mrocznym Rycerzem. Ale sama końcówka wynagrodziła moje oczekiwanie. Mrok ponownie zapanował nad światem. Batman różni się od innych superbohaterów tym, że tak naprawdę nie ma żadnych nadprzyrodzonych mocy i jest po prostu Brucem Waynem, ze wszystkimi jego słabościami. Ta część jego osobowości jest najbardziej fascynująca i bardzo bym sobie życzył, żeby w tę stronę eksploatować dalej Gotham i okolice.

Gdy wyszedlem z kina, z niewiadomych powodów wydało mi się, że Sonic Youth będzie w stanie utrzymać ten nastrój. Idąc z Evol w uszach przez mroczne osiedle, wyobrażałem sobie jak wszystko płonie. Jakże plastyczna wizja. Chyba Nolan osiągnął to, co chciał.

Dziś bez części video, żeby nie psuć przyjemności tym, którzy jeszcze nie byli w kinie.

Nie pytajcie skąd taki tytuł. Naprawdę, wolelibyście nie wiedzieć.

Miało być o czym innym, miało być o czymś, co przyszło mi do głowy podczas wieczorno-nocnego spaceru po ciemnych uliczkach wokół wałbrzyskiego rynku. O tym, jak i o tym, jak napotkałem zamknięte kino Górnik i tego konsekwencjach, następnym razem. Bo tymczasem…

…wczoraj na kanale Fox miała premiera czwartego już sezonu serialu Prison break. Wiem, wiem, oglądanie przygód Scofielda jest już bardzo passe, a pisanie o tym, że się ogląda to już w ogóle. Ale to jest trochę tak, jak z kumplem z podstawówki. Jak chodziliście razem pograć w kosza, to się wydawał być naprawdę w porządku. Potem on zaczął się interesować całkami, a ty oglądałeś po siedem razy Gwiezdne wojny, no i trochę się nudno zrobiło. Ale przecież gdyby teraz nagle do ciebie zadzwonił, to nie odmówiłbyś mu piwa, prawda? I ze Scofieldem jest dokładnie tak samo. Jest nudny i przewidywalny, ale to w końcu twój stary, dobry kumpel.

Postaram się za bardzo nie spoilerować, ale jeżeli ktoś jeszcze nie widział dwóch pierwszych odcinków, to ostrzegam, że może mi się coś wymsknąć. Tak krótko – niewiele się zmieniło. Michael wciąż jest emo-twardzielem, Lincoln jest tak samo szeroki, Sucre, Mahone czy T-Bag – wszystko po staremu. Jedynie Bellick chyba przeszedł na jasną stronę mocy. Jest jeszcze ktoś, o kim można się było domyślać, że będzie, więc to też nie jest zaskoczenie. Ale czyż nie na tym polega kino gatunków?

Nie wnikając w szczegóły, punkt wyjścia jest taki, że nasza grupka wyrzutków po raz kolejny staje do nierównej batalii z mityczną Firmą (w walce wykorzystują nawet Homera – scena, w której Lincoln próbuje czytać Odyseję – miodzio ;) Pomysł przypomina trochę Parszywą dwunastkę albo całą serię Ocean’s eleven. Pominę wyliczankę absurdów czy niedociągnięć scenariuszowych, jak ktoś się pisze na oglądanie, to wie, czego się może spodziewać. Muszę się jednak przyznać, że momentami serial wygląda jednak jak parodia samego siebie (scena z T-Bagiem na pustyni). Z napięciem bywa różnie, ale raczej na stałym poziomie. Być może, ale tylko być może, będzie lepiej niż w trzecim sezonie.

Co prawda miłośników nie trzeba zachęcać, a cała reszta i tak jest na nie, ale mimo wszystko zapraszam na małe promo: