Krótki przerywnik w offowym serialu.

Tak się złożyło, że w ostatni weekend byłem na gościnnych występach w mieście Kołobrzeg, ale myli się ten, kto pomyśli, że miało to cokolwiek wspólnego z festiwalem Sunrise ;) Całkiem przypadkiem okazało się za to, że załapałem się na ostatni dzień letniej imprezy pod nazwą “Kołobrzeg Miasto Kultury”, a muszę przyznać, że finał był wcale niezły, szczególnie jak na zwyczajowy wakacyjny repertuar.

Ponieważ bardzo interesuje mnie wykorzystanie naturalnej przestrzeni miejskiej w różnego typu projektach scenicznych, nie mogłem przegapić szansy na zobaczenie Arki w wydaniu poznańskiego Teatru Ósmego Dnia, rozgrywającej się na terenie portu pasażerskiego. Ponieważ nie czuję się specjalnie na siłach, aby zagłębiać się w zawiłe meandry teatrologii, tym razem oszczędzę moich refleksji na temat samej istoty spektaklu. Dzisiejszy wpis “zainspirowała” zgoła inna impresja.

Dosyć ciepła noc, wygaszone światło latarni morskiej, na umownie wyznaczoną scenę “wpływa” tytułowa arka. Na jej pokładzie poszukiwacze nowego lepszego świata zapalają ognie wspomnień. Wydawać by się mogło, że taka scena nawet beztroskich wczasowiczów na chwilę zatrzyma. Ale oto bezchmurne niebo rozświetlają dziesiątki drobnych światełek. Nie, to nie nagła inwazja świetlików. Nagle okazuje się, że każdy chce mieć pamiątkę ze spektaklu. Jak się nie da komórką, to najlepiej błyskać bez opamiętania fleszem od aparatu. Skutecznie oślepiając wszystkich wokół.

I to przecież nic, że z tych zdjęć nic nie wyjdzie, a nawet w razie gdyby – i tak nikt nigdy do nich nie zajrzy. Spokojnie, nie mam zamiaru moralizować. Tak się tylko zastanawiam, czy zamiast tej bezmyślnej mody na pstrykanie, nie byłoby czasem łatwiej utrwalić chwilę w trochę prostszy sposób. Bo nie mam złudzeń, że jak ktoś biega przez godzinę z aparatem na wysokości oczu, to tak naprawdę nic z tego nie ma dla siebie. Wiem, że są wakacje, wiem, że ludzie mają różne potrzeby. Wiem, że nie do każdego musi taka forma teatru przemawiać. Ale chyba po coś się tam pojawił, coś go tam przyciągnęło? Czy tylko przemożna chęć zapełnienia kolejnych megabajtów karty pamięci?

A potem, na samym szczycie latarni pojawił się Jan Peszek, odgrywając monodram na motywach Zbigniewa Herberta. Rozjaśniał go tylko snop punktowego światła. Publiczność się rozeszła. Tak wysoko obiektywy ich aparatów nie sięgały.