lipiec 2008


Off Festival – odcinek trzeci.

Jeżeli koncert Mogwai można określić jako “wydarzenie”, to będzie co najmniej “gratka” dla wszystkich miłośników amerykańskiego grania, a tych ostatnio u nas całkiem spory dostatek. Po raz pierwszy w Polsce wystąpi superformacja Iron & Wine.

Ostatnimi czasy sporo podobnych dźwięków przewija się przez  mój profil na Last.fm Za każdym razem nie mogę wyjść z podziwu, jak wiele niezwykłej i pięknej muzyki powstaje właśnie w Ameryce. Rzecz jasna, nie chodzi mi o brzmienia rodem z MTV Base czy ilustracje do reklam. Jest jednak za wielką wodą pewien specyficzny gatunek, który zwykło się nazywać całkiem zwyczajnie – americaną. Domniemuję, że to dlatego, że worek jest na tyle przepastny, że trudno byłoby go jakoś szczegółowiej opisać. A znaleźć tam można prawdziwe perełki spod znaki country, folk, może nawet rocka, ale wszystko z przedrostkiem alt-.

Iron & Wine to sztandarowa formacja z tej kategorii, do tej pory mniej w naszym kraju znana, być może dlatego, że nie została dostrzeżona przy okazji koncertowania, jak to już było z CocoRosie, Antony’m czy Animal Collective, którzy gościli chociażby w Poznaniu przy okazji Festiwalu Malta. Teraz jest nadzieja, że muzyka Sama Beama, który jest mózgiem grupy, wyjdzie poza krąg indie-recenzentów z modnych pism i dotrze do nieco szerszej publiczności.

Zwykło się porównywać dokonania Iron & Wine do Neila Younga, ale według najbardziej trafnie będzie postawić ich płytę na półce obok Nicka Drake’a albo Elliota Smitha. To ten sam rodzaj wrażliwości i wyczucia dźwięku, ten sam sposób podejścia do muzycznego tworzywa. Najważniejszym instrumentem dla Beama pozostaje gitara akustyczna, mimo że wielokrotnie romansował chociażby z sekcjami dętami, jak to miało miejsce podczas sesji z Calexico. I chociaż zdarza się czasem jakieś bardziej rozbudowane brzemienie, to i tak ostatecznie najbardziej charakterystyczna okazuje się stylistyka lo-fi. Na szczęście, bo zanurzenie się w głosie tego niezwykłego brodacza jest pod tym względem prawdziwym wytchnieniem. Chyba tylko Will Oldham może się tutaj równać.

Muszę dopisać, że Sam Beam nie wystąpi w Mysłowicach oczywiście sam. Gratka będzie jeszcze większą gratką, kiedy dodam, że wraz z nim pojawią się muzycy Wilco, Calexico czy Isotope 217. A jakby jeszcze było mało, to wszystko odbędzie się w murach stuletniego kościoła ewangelickiego. Przy tym wszystkim, stwierdzenie, że będzie to niezła gratka, brzmi co najmniej średnio ;)

Zła wiadomość jest taka, że jeżeli ktoś nie ma jeszcze biletu, to już się nie załapie, bo koncert został wyprzedany. Ale właściwie trudno się dziwić.

Na pocieszenie, mała perełka z przepastnej szafy Iron & Wine:

Krótki przerywnik w offowym serialu.

Tak się złożyło, że w ostatni weekend byłem na gościnnych występach w mieście Kołobrzeg, ale myli się ten, kto pomyśli, że miało to cokolwiek wspólnego z festiwalem Sunrise ;) Całkiem przypadkiem okazało się za to, że załapałem się na ostatni dzień letniej imprezy pod nazwą “Kołobrzeg Miasto Kultury”, a muszę przyznać, że finał był wcale niezły, szczególnie jak na zwyczajowy wakacyjny repertuar.

Ponieważ bardzo interesuje mnie wykorzystanie naturalnej przestrzeni miejskiej w różnego typu projektach scenicznych, nie mogłem przegapić szansy na zobaczenie Arki w wydaniu poznańskiego Teatru Ósmego Dnia, rozgrywającej się na terenie portu pasażerskiego. Ponieważ nie czuję się specjalnie na siłach, aby zagłębiać się w zawiłe meandry teatrologii, tym razem oszczędzę moich refleksji na temat samej istoty spektaklu. Dzisiejszy wpis “zainspirowała” zgoła inna impresja.

Dosyć ciepła noc, wygaszone światło latarni morskiej, na umownie wyznaczoną scenę “wpływa” tytułowa arka. Na jej pokładzie poszukiwacze nowego lepszego świata zapalają ognie wspomnień. Wydawać by się mogło, że taka scena nawet beztroskich wczasowiczów na chwilę zatrzyma. Ale oto bezchmurne niebo rozświetlają dziesiątki drobnych światełek. Nie, to nie nagła inwazja świetlików. Nagle okazuje się, że każdy chce mieć pamiątkę ze spektaklu. Jak się nie da komórką, to najlepiej błyskać bez opamiętania fleszem od aparatu. Skutecznie oślepiając wszystkich wokół.

I to przecież nic, że z tych zdjęć nic nie wyjdzie, a nawet w razie gdyby – i tak nikt nigdy do nich nie zajrzy. Spokojnie, nie mam zamiaru moralizować. Tak się tylko zastanawiam, czy zamiast tej bezmyślnej mody na pstrykanie, nie byłoby czasem łatwiej utrwalić chwilę w trochę prostszy sposób. Bo nie mam złudzeń, że jak ktoś biega przez godzinę z aparatem na wysokości oczu, to tak naprawdę nic z tego nie ma dla siebie. Wiem, że są wakacje, wiem, że ludzie mają różne potrzeby. Wiem, że nie do każdego musi taka forma teatru przemawiać. Ale chyba po coś się tam pojawił, coś go tam przyciągnęło? Czy tylko przemożna chęć zapełnienia kolejnych megabajtów karty pamięci?

A potem, na samym szczycie latarni pojawił się Jan Peszek, odgrywając monodram na motywach Zbigniewa Herberta. Rozjaśniał go tylko snop punktowego światła. Publiczność się rozeszła. Tak wysoko obiektywy ich aparatów nie sięgały.

Wiem, że cała piątka moich czytelników z niecierpliwością wyczekuje już notki poświęconej Mogwai ;) Mam dobrą wiadomość – udało się, tym samym będzie to premiera cyklu o panteonie sław na Off Festiwalu.

Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy ich usłyszałem. Było to jednak na pewno dawno (skoro nie pamiętam), a jednak w mojej prywatnej fascynacji niewiele się pod tym względem zmieniło. Mój profil Last.fm cały czas mówi, że Mogwai jest na Top 5 wszechczasów. Dlaczego?

Początki grupy to rok 1995 i miasto pod nazwą Glasgow. Jak to zwykle bywa w tego typu przypadkach, panowie spotkali się w klubie na jakimś koncercie i pomyśleli: dlaczegóżby nie? W ciągu dwóch pierwszych lat działalności czwórka muzyków przygotowała mnóstwo materiału, który wszedł później na wydawnictwo Ten Rapid. Jak najprościej opisać ich styl? Musiałbym wrzucić kilka skomplikowanych sformułowań, w rodzaju postrock-ambient-hardrock (a co niektórzy szukają tu nawet elementów punkowych), ale niedawno przeczytałem genialne określenie, które jak ulał pasuje do Mogwai (chociaż powstało na potrzeby innej formacji, Explosions in the sky): gramy cicho, a kiedy wszyscy już myślą, że to będzie ballada, nagle przechodzimy na wyjątkowo mocne brzmienie w refrenie. I w tych kilku słowach można na upartego zawrzeć sposób komponowania utworów przez Szkotów. W ich muzyce liczy się jednak coś bardziej unikalnego i trudniejszego do zdefiniowania – nazwę to klimatem (pewnie wiecie o co mi chodzi).

W moim przekonaniu, zespół ma na koncie co najmniej trzy albumy absolutnie genialne. Young team, Come on die young i Rock action to dla mnie były bez słabych punktów, w których – mimo wielokrotnych odsłuchań – zawsze znajduje to, co dla mnie w muzyce najistotniejsze – energię i siłę. Trochę się czuję w tej chwili tak, jakbym tańczył o architekturze; pisanie o muzyce w ogóle jest trudne, ale opisywanie tego, co z dźwiękami robi szóstka z Glasgow wydaje się być prawdziwą mision impossible. Bez wątpienia jednak formacja Mogwai jest jedną z najważniejszych w tej chwili propozycji na scenie nowoczesnego rocka. Lekko zawieszeni pomiędzy tradycją a przyszłością, nie wypierają się postrockowych korzeni, ale równie chętnie poszukują nowych ścieżek w muzyce. Mieszanka łagodności, melancholii i szczypta depresji wciąż przyciąga nowych fanów.

Grupa pojawiła się raz w Polsce, w 2003 roku. Za parę dni, w Mysłowicach, będzie następna okazja, żeby zobaczyć ich na żywo. Nie mam wątpliwości, że będzie to wydarzenie jedyne w swoim rodzaju, według mnie zapowiada się nawet na najbardziej interesujący moment całego Off Festiwalu. Panie i Panowie – wielka gwiazda – grupa Mogwai, przed Wami:

A muzycznie będzie ślicznie…

Tak się złożyło, że nie dojechałem jednak w tym roku na Opener. Wiem, wiem, wymądrzałem się, że wielki europejski festiwal, że warto itd. Wiem. Okoliczności przyrody były jednak zgoła nieblogowe, więc na szybko sobie wyjaśniłem, że nic nie straciłem, choć na chłodno myśląc, to mimo wszystko szkoda mi The Raconteurs, CocoRosie i przede wszystkim boskiej Roisin. Temat zamknięty.

Na szczęście nie jest tak, że po zakończeniu gdyńskiego weekendu zamknęły się wrota interesujących muzycznie wydarzeń w naszym kraju. Już dzisiaj zaczyna się kolejna edycja festiwalu w Jarocinie, tym razem znacznie mniej undergroundowa, a bliższa mainstreamu. Oczywiście, dla KNO nie jest to żadnym zarzutem, bo KNO bardzo lubi to, co popularne. A w ten weekend w Jarocinie spotkać można np. CKOD, Lao Che, Waglewskich czy Kryzys (to z poważanych przeze mnie gwiazd polskich), jak i również Blood Red Shoes i przede wszystkim Bretta Andersona. Więc coś by się nawet na me wysublimowane podniebienie znalazło, ale raczej na 1 dzień, a nie 3. Chyba znów nie dotrę.

Wbrew temu, co pewnie myślicie, to jednak jeszcze nie koniec. Jest bowiem jeszcze większa impreza! Może nie pod względem promocji, ilości scen, widzów czy sprzedanych plastikowych kubków z piwem. Ale muzycznie – absolutne numero uno. Off Festiwal w osobie własnej.

Od 8 do 10 sierpnia w Mysłowicach czekać będzie prawdziwa uczta. Zdaję sobie sprawę, że nie jestem szczególnie zdyscyplinowanym blogerem, ale postaram się w najbliższych tygodniach krótko przedstawić najważniejsze moim zdaniem zapowiedzi z Offowej sceny. Dzisiaj tylko jeszcze krótszy przegląd.

To już trzecia edycja festiwalu, przygotowana ponownie pod niezawodnym dowództwem Artura Rojka, tym razem z jeszcze większym rozmachem niż w ubiegłym roku. Organizatorzy przygotowali aż 4 sceny i naprawdę imponujący line-up. Największą gwiazdą wydaje się być szkocka formacja post-rockowa Mogwai (o niej dużo szerzej w następnej notce), ale dalej wcale nie jest gorzej. Na widzów czekać będzie spora dawka ożywczego indiepopu spod znaku Of Montreal (nie, nie są z Montrealu ;) i Menomeny , psychopopowej elektroniki w wydaniu Caribou (podobne występy live są iście szalone), krautrockowy liverpoolski Kling Klang, czy kolejna liverpoolska Indie-gwiazda, Clinic. Jakby komuś było jeszcze mało, to niech pamięta, że nie wymieniłem nawet wszystkich artystów zagranicznych. W kolejce są jeszcze polskie formacje, m.in. Fisz/Emade, Budyń, Bajzel, Lao Che, Czesław Śpiewa, Jacaszek itd. A nie wspomniałem jeszcze o wielkim wydarzeniu, na jakie niewątpliwie szykuje się koncert supergrupy Iron&Wine w kościele ewangelickim w Mysłowicach. Uff, będzie się działo.

Obiecuję, że już od jutra postaram się napisać coś więcej o kilku z powyżej wymienionych formacji. Dziś, w ramach aperitifu, mój ulubiony utwór Mogwai (niestety, nie ma lepszej jakości na YT):

Przyspieszamy.

Jeszcze jeden film. Jeszcze jeden amerykański film. Jeszcze jeden amerykański film z kręgu kina niezależnego. Tym razem jednak – reprezentant nurtu nazwanego „mumblecore”.

Ale zanim, to przez chwilkę sobie pofolguję (bo w końcu od tego jest blog ;) Jestem zwierzakiem typowo miejskim. W mieście czuję się najlepiej, wśród knajp, przystanków, autobusów, tramwajów, kamienic, rynków i targów i wszelkich innych przejawów kultury miejskiej i ulicznej. I dlatego właśnie z największą uwagą przyglądam się dziełom twórców, którzy równie chętnie, jak ja, pochylają się nad bytem miejskim. Bo chyba nikt nie wątpi w to, że miasto jako takie jest tworem autonomicznym, posiada własną osobowość i inne przymioty, żyje, oddycha etc?

Quiet city, jak sama nazwa wskazuje, jest miastem cichym i bardzo spokojnym. Pewnie nigdy nie wpadlibyście na to, że głównym bohaterem tej produkcji jest Nowy Jork, a przede wszystkim Brooklyn. To jednak nie Wielkie Jabłko jakie się kojarzy z serwisów informacyjnych, z samochodami stojącymi w korkach czy tłumem przechodniów na ulicach. NYC, o dziwo, wydaje się tutaj niemal prowincjonalny, nie licząc może stacji metra ;) A jednak i ta twarz miasta okazuje się być wielce intrygująca.

Słów kilka jeszcze o samym nurcie. Mumblecore powstało w początkach XXI wieku i odnosi się do bardzo niskobudżetowych produkcji (często kręconych przy użyciu kamery cyfrowej), które to skupiają się osobistych relacjach międzyludzkich, a bohaterami zazwyczaj są młodzi w okolicach 20-30 lat, scenariusze opierane są na improwizacjach, a aktorzy są amatorami (czyli nieprofesjonaliści z pasją – cytuję za wiki). W taki właśnie sposób powstało Quiet city – reżyser Aaron Katz skrzyknął ekipę, z którą współpracował już przy okazji swojego debiutu, Dance Party USA, i nakręcili film w przeciągu 8 dni! Rzecz jasna, za zupełnie symboliczne pieniądze.

Historia jest banalnie prosta. Jamie przyjeżdża do NY odwiedzić swoją przyjaciółkę, która nie odbiera telefonu. Przypadkowo spotyka na stacji metra Charliego i prosi go o pomoc w znalezieniu pewnej restauracji, w której były umówione. I to właściwie tyle. Para spędza ze sobą następne 24 godziny, które upływają im głównie na gadaniu, jedzeniu, łażeniu po mieście i spotykaniu innych ludzi. Czyli – jak to zazwyczaj w życiu. Żadnej nadętej symboliki, metaforyki czy innych trudnych, ponadtrzysylabowych słów ;) Po prostu życie w jego najprostszej i najbardziej oczywistej miejskiej postaci.

O formie nie ma się co za bardzo rozpisywać, bo jest raczej jasna. Długie ujęcia, najczęściej skupione na twarzach rozmówców, czasami przeplatana subtelnymi impresjami złożonymi z kadrów drzew i ludzi wypoczywających w parku. Urzekająca i ujmująca prostota.

Momentami można się poczuć jak podglądacz, który wszedł z kamerą w tę relację, ale to tylko złudzenie. W gruncie rzeczy film jest na tyle delikatny, że nie budzi żadnych negatywnych asocjacji.

Jazda obowiązkowa dla wszystkich fanów miejskości i potajemnie marzących o Nowym Jorku. Poza tym całkiem przyjemna pozycja na niezobowiązujący wieczór. Wieczór, zupełnie jak z Quiet city. Bo takie historie zdarzają się czasem każdemu i codziennie.

Aha, miłośnicy Linklatera i jego Przed wschodem słońca i Przed zachodem słońca, też nie będą rozczarowani. Próbka klimatu:

Pora powrócić do świata żywych i blogujących. Trochę się działo ostatnio, w klimatach całkiem różnych i różniastych, zaległości też się wcale sporo nazbierało. Do rzeczy.

Z niejakim opóźnieniem, ale lepiej późno niż wcale, pojawił się w naszych kinach nowy film Gusa van Santa, Paranoid Park. Chyba nie ma potrzeby prezentować w tym miejscu sylwetki pana reżysera, kto ma wiedzieć, ten wie. A kto nie wie, ten niech się dowie, że jest on kimś na kształt ikony amerykańskiego kina niezależnego. Drugstore Cowboy, Moje własne Idaho, Za wszelką cenę, Buntownik z wyboru, Gerry. Wystarczy. Jeszcze Słoń oczywiście, ale ten film akurat pojawi się jeszcze poniżej, bo nie da się pisać o Paranoid Parku nie nawiązując do tej wcześniejszej produkcji.

Obraz powstał na podstawie noweli Blake’a Nelsona, nieszczególnie znanego autora książek dla dzieci i dorosłych (jako rzecze Wiki). To historia młodego amerykańskiego chłopaka (Alexa) z przedmieść Portland, z całkiem typowymi problemami, jak na okres dorastania. Rodzice się rozwodzą i są zajęci tylko sobą. Ma paru kumpli od deski, ma dziewczynę, ale ją interesuje tylko seks (o tempora, o mores!). W gruncie rzeczy w jego życiu nie dzieje się nic, aż do pewnej nocy, kiedy to wybiera się na tytułowy Paranoid Park, który jest ulubionym miejscem spotkań skate’ów. To takie na poły legendarne miejsce w Portland, trochę owiane tajemnicą, ale każdy młodzieniec z deską pod pachą ma nadzieję pojawić się tam w sobotni wieczór. Choćby tylko po to, żeby popatrzeć sobie na trochę starsze dziewczyny.

Po wydarzeniach, które rozegrały się tamtej nocy, Alex zaczyna mieć problemy z percepcją rzeczywistości. Żeby się w jakikolwiek odnaleźć, próbuje spisać swoje przeżycia w liście do przyjaciółki, który tak de facto ma kształt pamiętnika. Oczywiście charakter tego pisania w linii prostej przekłada się na aktualny stan emocji bohatera (pozwólcie, że nie będę tu wnikał w złożony świat badań nad relacji pomiędzy autorem a podmiotem czynności twórczych ;) Mało tego – van Sant niezwykle ambitnie założył sobie, że on również sposobem narracji spróbuje oddać psychikę głównego bohatera.

I tutaj na myśl przychodzi od razu Słoń. Poprzez to porównanie, Paranoid Park wydaje się niestety nieco tracić na wartości, bowiem oba filmy są formalnie bardzo do siebie podobne. Zbliżony sposób kadrowania, zaburzenia chronologii, alinearna narracja, podobne prowadzenie postaci i stopniowe włączania widza w akcję na zasadzie jej pełnoprawnego uczestnika. Nie zabrakło także tak charakterystycznych dla van Santa długich równoległych jazd kamery, specyficznego niedoświetlenia zdjęć i nietypowego doboru muzyki. Dźwięk początkowo wydaje się zupełnie nie pasujący do wizji, ale po pewnym czasie staje się jasne, że to tylko środek prowadzący do dodatkowego rozbicia filmowej układanki. Obrazki porozrzucane są na wszystkie strony.

Ale też i obrazy są w tym filmie najważniejsze. Płyną jak strumień, bez początku i końca, plastycznie poddając się kształtowaniu ich przez widza. Nastawione na estetyczny subiektywizm, nie opowiadają w gruncie rzeczy żadnej historii, ale są elementem wewnętrznego świata impresji i wrażeń. Snują się powoli, zatrzymując w kadrze to, co najbardziej ulotne.

Warto podejść do Paranoid Parku właśnie w ten sposób. Chłonąc zdjęcia, stając się ich aktywnym elementem. Edit: zapomniałem wczoraj dopisać o czymś niezwykle ważnym – autorem zdjęć jest Christopher Doyle!

Jak zwykle, mały aperitif: