Miejsce wydarzeń: Dziedziniec Zamkowy w Poznaniu.
Czas akcji: okolice 20.30, piątek, 16 maja.
Główni bohaterowie: Lao Che.
Rola epizodyczna: specjalny wysłannik KNO w osobie własnej.
Pod Zamek docieram niecały kwadrans przed planowanym rozpoczęciem koncertu. Już z daleka widzę, że warto było pofatygować się wcześniej po bilet, bo zainteresowanie występem płockiego bandu, jak na poznańskie warunki, całkiem spore. Sprytnym zwodem wymijam wylewającą się na ulicę kolejkę i wkraczam na dziedziniec. Z pewną taką nieśmiałością odbieram objawy zbliżającego się deszczu, ale szczęśliwie nie wpływa to specjalnie na frekwencję. Niestety, zdecydowana część pierwszej połówki koncertu upływa pod znakiem parasolek, co nie licuje z klimatem koncertu rockowego. Może wpływ miała na to wyższa niż zazwyczaj średnia wieku?
Jak dla mnie, pogoda dostroiła się do nastroju tego wieczoru. Siąpiący deszcz, zaciemnione niebo, zacinający czasem wiatr bardzo ciekawie korelowały z atmosferą wytworzoną na scenie. Pierwsza połówka koncertu, była, hm – nie powiem senna, ale bez szczególnych emocji. Przeważały wtedy utworu z ostatniego albumu formacji, Gospel, które na żywo brzmiały poprawnie, ale niestety, nic ponadto. Oczywiście, nie jest to wielki zarzut, być może po prostu chłopaki nie są z nimi jeszcze na tyle ograni, żeby jakoś sobie poeksperymentować. Tak czy inaczej, miałem wrażenie, że są trochę tylko doenergetyzowaną wersją piosenek z płyty. A przecież nie o to chodzi na koncercie, prawda?
Ale dosyć narzekania, bo mniej więcej od połówki było już tylko lepiej i lepiej. Sprawdziła się zresztą moja teoria, że utwory z Powstania Warszawskiego i Guseł zabrzmią pełniej na żywo. Uczciwie muszę też przyznać, że odgrywane później fragmenty Gospela również bardziej przypadły mi do gustu. Jednak w mojej pamięci zapadną ponownie przede wszystkim “piosenki” z Powstania. I tutaj chyba znowu w sukurs przyszła pogoda – ciągle przed oczami mam scenę, gdy tłum w deszczu wyciąga przed siebie palce w geście wiktorii i krzyczy “Niech żyje Polska niepodległa!”. Właśnie za takie, podniosłe, ale nieprzesycone zgniłym patosem i autentycznie szczere momenty cenię sobie koncerty Lao Che. Chwile, które pozwalają uwierzyć, że to tak naprawdę coś więcej niż tylko kolejny piątkowy wieczór z muzyką na żywo.
I jeszcze kilka uwag natury technicznej ;) Duże wyrazy uznania dla techników nagłaśniających ten występ. Wiem, że dziedziniec ma z zasady całkiem niezłą akustykę, ale warto dostrzec, że wszystko brzmiało dokładnie tak, jak brzmieć miało. A pod koniec było już naprawdę sporo energii. Podkreślam to nie bez powodu, bo niestety akurat ta strona koncertów często w Poznaniu kuleje. Szczęśliwie, nie tego dnia :)

Na bisy poszły jeszcze wyczekiwane Zrzuty i zupełnie nieoczekiwany finał w postaci “coveru” Siekiery. I już. Bez dwóch zdań, chłopaki z Lao Che mają jakiś pomysł na siebie i swoje granie. Już w tej chwili są jednym z najciekawszych, a zaryzykowałbym nawet, że najciekawszym zjawiskiem na polskiej scenie rockowej.
Miniony tydzień był dla mnie wyjątkowo udany pod względem koncertowym, bo już w kolejny czwartek dotarłem na występ nowojorskiej formacji Enon. Ale o tym już w następnym odcinku, obiecuję, bardzo wkrótce.
31 maj, 2008 at 6:48
Finał nie aż tak znowuż nieoczekiwany, “ludzie wschodu” są na singlu Czerniaków :-)
1 czerwiec, 2008 at 2:10
Ups, to szczerze się przyznaję, że mi to umknęło :)