Dziękuję, lepiej. Wróciłem do w miarę regularnego oglądania, a statystycznie rzecz biorąc – im więcej obejrzę, tym większa szansa, że trafię na jakiegoś gniota. No to dzisiaj sobie poużywam, za co wszystkich nadwrażliwych przepraszam. Z góry ostrzegam, KNO będzie bardzo na ostro.

Tym razem obeszło się bez specjalnych oczekiwań, to miał być po prostu przyjemny wypełniacz wieczoru, z choćby minimalną dawką emocji i w miarę wartką akcją. Czyli w sumie tylko i aż tyle, na co można liczyć zasiadając do seansu nieszczególnie wysokobudżetowego kina sensacyjnego. Nazwisko reżysera mi co prawda niewiele mówiło, ale za to jaka obsada! Dennis Quaid, Matthew Fox, Forest Whitaker, William Hurt, no i Sigourney Weaver. Powinno wystarczyć? Powinno, ale nie wystarczyło.

Vantage point kreatywny polski tłumacz przełożył jako 8 części prawdy. Pal licho, nawet się nie czepiam, filmu nie uratowałby nawet tytuł w rodzaju Eternal sunshine of the spotless mind/Zakochany bez pamięci. Koncept wydaje się całkiem sensowny. W Hiszpanii ma miejsce antyterrorystyczny szczyt, na który przyjeżdża prezydent wszechpanującej nam Ameryki (Hurt). Oczywiście, terroryści nie zamierzają się poddać i w trakcie głównych uroczystości, na placu pełnym ludzi dokonują zamachu na głowę państwa. Jest im o tyle łatwiej, że mają wtyczkę w prezydenckiej ochronie (Fox, czyli Jack z serialu Lost). Mamy również “dobrego policjanta”, czyli oddanego sprawie, jak co najmniej John McClaine, osobistego ochroniarza (Quaid). Pojawia się również amerykański turysta (Whitaker), który wszystko filmuje amatorską kamerą cyfrową. A teraz to, co miało być najważniejsze – wydarzenie to widz ogląda z perspektywy każdego z bohaterów, co jakoby ma się przyczynić do ukazania zawiłości tych zdarzeń, a równocześnie ma przybliżyć odbiorcę do “prawdy”. Czyli w skrócie, miał to być taki Rashomon dla ubogich.

Pomysł nie był zły, ale z wykonaniem już znacznie gorzej. Przede wszystkim zawiódł reżyser, który wyłożył się warsztatowo. Utrzymanie uwagi widza przy takiej konwencji jest trudnym zadaniem, nie wystarczą dobre chęci, szczególnie jeśli oglądane na ekranie wydarzenia są, delikatnie mówiąc, mało wciągające. Jak się domyślam, ambitne założenie było takie, że każda kolejna perspektywa miała odsłaniać nowe zawiłości intrygi. Niestety, średnio rozgarnięty gimnazjalista wpada na trop najdalej przy “drugiej części prawdy”, w związku z czym koncept upada. A do końca filmu daleko. Niestety, trudno skupić uwagę na czymkolwiek innym, jeżeli odpada najważniejszy dla tego rodzaju kina, element zaskoczenia.

O błędach logicznych nawet nie piszę, bo nie będę się znęcał. Za to muszę pochwalić montażystów, szczególnie za całkiem niezłą scenę pościgu samochodowego. Żeby jednak nie było za dobrze, jakiś geniusz popsuł ją zupełnie odrealnionym fragmentem potężnej kraksy, z której bohater wychodzi zupełnie bez szwanku (a pojazd do kasacji). Ok, wiem, że to kino rozrywkowego, ale to przecież nie Terminator!

Do gry aktorów przyczepić się nie można, no może Fox jest trochę drewniany, ale nieprzesadnie; można go przełknąć, a dla fanów Lost to pewnie ważny argument dla kupienia biletu. Powiem jednak więcej – po co do tak papierowych ról zatrudniano znakomitości w stylu Hurta czy Weaver (to już zupełne kuriozum, miała tyle do grania, że gdyby zastąpiła ją Kinga Rusin, nikt by nie zauważył). Najbardziej szkoda mi było biednego Whitakera, który męczył się niemiłosiernie, szczególnie w scenie telefonicznego godzenia się z małżonką. Wyglądał, jakby zgrzytał zębami ze złości, a ja razem z nim.

A na finał, reżyser zafundował nam wszystkich sztuczkę pod dobrze znanym tytułem: mam dużo wątków, które biegną w różnych kierunkach, więc jednym ruchem je połączę. Widać zapatrzył się na pseudoartystyczne produkcje w rodzaju Crash albo Babel i zapragnął być równie postmodernistyczny (?). Efektu nawet nie ośmielę się komentować. Napiszę tylko, że wprost nie wierzyłem, że naprawdę widzę to, co widziałem. Absurd i zatrważający brak logiki poszatkowany hiperpatetycznym amerykańskim patriotyzmem. Ble.

Polecam tylko najbardziej wytrwałym miłośnikom kina klasy B.