Pst, to znowu ja. Dawno mnie nie było i nie pisałem, nie mam usprawiedliwienia. Co prawda, Mikowhy twierdzi, że pisze się wtedy, kiedy się chce (i trudno się z nim nie zgodzić), ale tenże sam Mikowhy równocześnie na tyle mnie chwali, że aż wstyd nie zmobilizować się do kolejnego wpisu. A dzisiaj czeka mnie historyczny moment, bowiem pierwszy raz w KNO porwę się na “recenzję” książki. I to nie byle jakiej, tylko zacznę od razu z wysokiego C.

KNO z dumą prezentuje Drogę Cormaca McCarthy’ego.

McCarthy nie jest w Polsce szczególnie rozpoznawalny, za to w rodzimej Ameryce uważa się go za autora równego Pynchonowi i Rothowi, a wręcz za następcę Faulknera. Wielkie nazwiska, ale autor Drogi wcale nie robi przy nich za biedniejszego brata. Nad Wisłą o McCarthym zrobiło się głośniej dopiero przy okazji premiery filmów, które powstały na podstawie jego powieści, najpierw były to Rącze konie, a później oczywiście To nie jest kraj dla starych ludzi. I wreszcie pojawiła się Droga, wielki amerykański bestseller, doceniony również w kręgu krytyki literackiej, otrzymał bowiem Nagrodę Pulitzera oraz The Tait Black Memorial Prize. I wszystko jak najbardziej zasłużenie.

W pewnym sensie powieść ta wpisuje się w nurt powszechny ostatnio w kulturze popularnej - apokalipsa i jej następstwa. Sukcesy kasowe nie tak dawno odnosił w kinach film Jestem legendą, jeszcze nowsza jest produkcja pod tytułem Doomsday, a wspominam przecież tylko kilka przykładów z tego roku. Tak naprawdę motyw ten zakorzenił się w tradycji kulturowej w okolicach lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, a związane to było w znacznym stopniu z zimną wojną i wszechobecnym zagrożeniem nuklearnym. Rzecz jasna, wspomniany nurt eksploatowany jest w dwóch kierunkach - po pierwsze dla czysto rozrywkowych widowisk z wybuchami i innymi podobnymi atrakcjami, a po drugie - dla dzieł, w których postapokaliptyczna otoczka jest tylko pretekstem do rozważań nad kondycją moralną ludzkości. Droga w bardzo wprawny sposób łączy te dwie ścieżki (by nie napisać - drogi).

Już to pisałem przy okazji innych recenzji, ale muszę się powtórzyć - powieść McCarthy’ego jest multigatunkowa. I nie znaczy to w tym przypadku wcale jakiegoś bezmyślnego mieszania styli, wręcz przeciwnie - proporcje są wymierzone z iście aptekarską precyzją.  Mamy tu więc coś z horroru, thrillera, dramatu, no i w dużym stopniu, jednak bardzo mrocznego moralitetu. A wszystko to na tle prostej historii, niemal tak prostej jak ta z filmu Davida Lyncha.

Świat umiera albo już prawie umarł, tyle wiemy. Poza tym wiemy jeszcze tylko, że ojciec i syn podróżują, a raczej uciekają na południe przed zimą. I właściwie w tym zdaniu mógłbym zmieścić całą akcję książki. Nie znamy imion bohaterów, miejsca, które mijają nie mają nazw, domyślać się można jedynie, że to Ameryka.  Nie ma to jednak znaczenia, mogłoby to być zniszczone chemicznym deszczem dorzecze Amazonki, wydźwięk byłby równie depresyjny. Bo to, co uderza (dosłownie) od pierwszych stron powieści, to wszechobecny i wszechogarniający obraz nieuchronnej tragedii. Nie ma wątpliwości, że wyprawa nie ma prawa się udać, zatem ciężar czytelniczego zainteresowania przesuwa się w inną stronę. A co jeśli Droga w istocie mówi o “naszym” świecie?

Taki trop interpretacji podsuwa też Jacek Dukaj w krótkiej notce na okładce książki. Coś w tym jest, bo ile łatwiej byłoby docenić dzisiejszą szarą rzeczywistość, gdybyśmy wiedzieli, że w przyszłości czeka nas tylko z góry skazana na porażka walka o przetrwanie? W “tamtym” świecie nie ma ani radości ani miłości, jedynym uczuciem, jakie wydało się pozostać jest ojcowska troska o syna. Ale to marna pociecha, skoro nie ma przyszłości. Szczęściem powinna być w zasadzie każda przeżyta godzina, szczególnie jeśli udało się uciec grupie leśnych kanibali czy innych bezwzględnych włóczęgów. Tylko, że jutro przyjdą następni. Chwile pozornego spokoju i wytchnienia przynosi jedynie moment odkrycia nowych źródeł pożywienia. Do tego poziomu sprowadzony zostaje człowiek (?) w tamtym świecie (?) - polującego zwierzęcia.

Droga to raptem niewiele ponad 250 stron. Jest to jednak tak skondensowana dawka przejmującego smutku i depresji, że nie polecam dawkować jej w dużych ilościach. McCarthy okazuje się tu prawdziwym mistrzem słowa. Język jest szalenie prosty, oszczędny, a przez to bije jeszcze mocniej. Tnie precyzyjnie, aż do krwi ostatniej, bohatera i czytelnika. Słów jest zawsze dokładnie tyle, ile być powinno. Dialogi ograniczone do niezbędnego minimum. Czasem nie ma ich wcale.

To długa i wyboista droga w dół. A gdy się potkniesz, nikt nie poda ci ręki. Bo nie ma już nikogo.