maj 2008


Bez zbędnych wstępów ;) Drugi mocny akcent koncertowego tygodnia nastąpił w czwartek, chociaż na występ formacji Enon rezerwowałem sobie czas już dużo wcześniej. To może na początek coś o samym miejscu spotkania?

Tak się jakoś dziwnie złożyło, że nie miałem jeszcze okazji zagościć w „nowej” Cafe Mięsnej (Garbary 64, ale wchodzimy od Mostowej). Wreszcie nadarzyła się okazja i muszę przyznać, że zostałem pozytywnie zaskoczony. Wcześniejsza lokalizacja miała swój klimat, ale niestety większość tamtejszych koncertów cierpiała na bardzo poważny defekt, w postaci nagłośnienia. Po prostu w tak małej przestrzeni nie dało się wszystkiego słyszeć, technicznie i fizycznie. I tu pierwszy plus, miejsca jest naprawdę sporo, co więcej – są aż trzy poziomy (i każdy z nich jest odpowiednio wykorzystany). Poza tym udało się w dużym stopniu utrzymać „specyficzną specyfikę” knajpy, ludzie podobni, atmosfera nieodmienna. No, jest dobrze.

Na koncert docieram ze znanym poznańskim blogerem (pozdro nkblox ;) Szacun. Koniec prywaty ;)

Po standardowym okresie oczekiwania umilanym wiadomo czym ;) wchodzimy na górny poziom, gdzie rozstawiła swój sprzęt grający pani Blevin Blectum. Niektórzy byliby pewnie rozradowani (np. mikowhy) widząc, że właściwie cały występ zawdzięczamy pewnemu przenośnemu komputerowi z charakterystycznym jabłuszkiem :) Ale w warstwie muzycznej nie było już tak radośnie (co nie jest zarzutem). Blevin Blectum jest podopieczną znanego elektronicznego harkorowca, Kida 606, pod takim też znakiem upłynął poznański występ. Dużo szumów, trzasków i innych nieskoordynowanych dźwięków, a wszystko na tle lekko psychodelicznych wizualizacji. Od bardziej kojarzonego muzycznego mentora dzieliło Blevin przede wszystkim znacznie wyraźniejsze zarysowanie linii melodycznej i głębszy bas. 50 minut całkiem mocnych doznań. Postaram się do tej tematyki jeszcze kiedyś powrócić, jeśli najdzie mnie na dzielenie się moją fascynacją eksperymentalną elektroniką i mikroelektroniką. Dziś jestem w znacznie bardziej rockowym stanie.

Tak, tak, zdążyłem już przeczytać na pewnym forum, że koncet Enon był be, bo nagłośnienie nie zagrało, bo coś tam było niesłyszalne etc. Ale hola hola! Miało być brudno, garażowo, niezależnie (indie, jak to się modnie mówi teraz) i nawet trochę podziemnie. I co? No i było! Miało być, jak być miało, a mimo drobnego marudzenia malkontentów, stwierdzam, że dolny koncertowy poziom Mięsnej się sprawdził. Przede wszystkim – jak już tam schodzić, to nie wątpliwości, że interesuje cię występ. Nie ględzisz, nie marudzisz, co najwyżej machniesz piwko i to tyle. Ludzi wchodzi całkiem sporo, więc od razu atmosfera robi się gorąca. Przezornie wbiliśmy się pod samą scenę i naprawdę było warto. Od razu poczułem na czym polega przewaga koncertu klubowego nad tym w otwartej przestrzeni.

Bliskość. Muzyki i muzyków. Gitara, bas, klawisz, mikrofon, wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Wystarczy zrobić krok i już się stoi na scenie. A jeśli do tego jest się zadeklarowanym zwolennikiem nowojorskiego klimatu, to więcej już nic nie potrzeba. A czy pisałem już, że muzyka zabrzmiała znacznie energetyczniej i agresywniej niż na płytach? A czy pisałem, że było widać taką zwyczajną radochę na twarzach grających i skaczących pod sceną? A czy pisałem, że ładnie grali, panie doktorze? No to teraz piszę.

I ostatnie zdanie – więcej takiego grania w Poznaniu! Pora rozruszać miasto!

Miejsce wydarzeń: Dziedziniec Zamkowy w Poznaniu.

Czas akcji: okolice 20.30, piątek, 16 maja.

Główni bohaterowie: Lao Che.

Rola epizodyczna: specjalny wysłannik KNO w osobie własnej.

Pod Zamek docieram niecały kwadrans przed planowanym rozpoczęciem koncertu. Już z daleka widzę, że warto było pofatygować się wcześniej po bilet, bo zainteresowanie występem płockiego bandu, jak na poznańskie warunki, całkiem spore. Sprytnym zwodem wymijam wylewającą się na ulicę kolejkę i wkraczam na dziedziniec. Z pewną taką nieśmiałością odbieram objawy zbliżającego się deszczu, ale szczęśliwie nie wpływa to specjalnie na frekwencję. Niestety, zdecydowana część pierwszej połówki koncertu upływa pod znakiem parasolek, co nie licuje z klimatem koncertu rockowego. Może wpływ miała na to wyższa niż zazwyczaj średnia wieku?

Jak dla mnie, pogoda dostroiła się do nastroju tego wieczoru. Siąpiący deszcz, zaciemnione niebo, zacinający czasem wiatr bardzo ciekawie korelowały z atmosferą wytworzoną na scenie. Pierwsza połówka koncertu, była, hm – nie powiem senna, ale bez szczególnych emocji. Przeważały wtedy utworu z ostatniego albumu formacji, Gospel, które na żywo brzmiały poprawnie, ale niestety, nic ponadto. Oczywiście, nie jest to wielki zarzut, być może po prostu chłopaki nie są z nimi jeszcze na tyle ograni, żeby jakoś sobie poeksperymentować. Tak czy inaczej, miałem wrażenie, że są trochę tylko doenergetyzowaną wersją piosenek z płyty. A przecież nie o to chodzi na koncercie, prawda?

Ale dosyć narzekania, bo mniej więcej od połówki było już tylko lepiej i lepiej. Sprawdziła się zresztą moja teoria, że utwory z Powstania Warszawskiego i Guseł zabrzmią pełniej na żywo. Uczciwie muszę też przyznać, że odgrywane później fragmenty Gospela również bardziej przypadły mi do gustu. Jednak w mojej pamięci zapadną ponownie przede wszystkim “piosenki” z Powstania. I tutaj chyba znowu w sukurs przyszła pogoda – ciągle przed oczami mam scenę, gdy tłum w deszczu wyciąga przed siebie palce w geście wiktorii i krzyczy “Niech żyje Polska niepodległa!”. Właśnie za takie, podniosłe, ale nieprzesycone zgniłym patosem i autentycznie szczere momenty cenię sobie koncerty Lao Che. Chwile, które pozwalają uwierzyć, że to tak naprawdę coś więcej niż tylko kolejny piątkowy wieczór z muzyką na żywo.

I jeszcze kilka uwag natury technicznej ;) Duże wyrazy uznania dla techników nagłaśniających ten występ. Wiem, że dziedziniec ma z zasady całkiem niezłą akustykę, ale warto dostrzec, że wszystko brzmiało dokładnie tak, jak brzmieć miało. A pod koniec było już naprawdę sporo energii. Podkreślam to nie bez powodu, bo niestety akurat ta strona koncertów często w Poznaniu kuleje. Szczęśliwie, nie tego dnia :)

Na bisy poszły jeszcze wyczekiwane Zrzuty i zupełnie nieoczekiwany finał w postaci “coveru” Siekiery. I już. Bez dwóch zdań, chłopaki z Lao Che mają jakiś pomysł na siebie i swoje granie. Już w tej chwili są jednym z najciekawszych, a zaryzykowałbym nawet, że najciekawszym zjawiskiem na polskiej scenie rockowej.

Miniony tydzień był dla mnie wyjątkowo udany pod względem koncertowym, bo już w kolejny czwartek dotarłem na występ nowojorskiej formacji Enon. Ale o tym już w następnym odcinku, obiecuję, bardzo wkrótce.

Dziękuję, lepiej. Wróciłem do w miarę regularnego oglądania, a statystycznie rzecz biorąc – im więcej obejrzę, tym większa szansa, że trafię na jakiegoś gniota. No to dzisiaj sobie poużywam, za co wszystkich nadwrażliwych przepraszam. Z góry ostrzegam, KNO będzie bardzo na ostro.

Tym razem obeszło się bez specjalnych oczekiwań, to miał być po prostu przyjemny wypełniacz wieczoru, z choćby minimalną dawką emocji i w miarę wartką akcją. Czyli w sumie tylko i aż tyle, na co można liczyć zasiadając do seansu nieszczególnie wysokobudżetowego kina sensacyjnego. Nazwisko reżysera mi co prawda niewiele mówiło, ale za to jaka obsada! Dennis Quaid, Matthew Fox, Forest Whitaker, William Hurt, no i Sigourney Weaver. Powinno wystarczyć? Powinno, ale nie wystarczyło.

Vantage point kreatywny polski tłumacz przełożył jako 8 części prawdy. Pal licho, nawet się nie czepiam, filmu nie uratowałby nawet tytuł w rodzaju Eternal sunshine of the spotless mind/Zakochany bez pamięci. Koncept wydaje się całkiem sensowny. W Hiszpanii ma miejsce antyterrorystyczny szczyt, na który przyjeżdża prezydent wszechpanującej nam Ameryki (Hurt). Oczywiście, terroryści nie zamierzają się poddać i w trakcie głównych uroczystości, na placu pełnym ludzi dokonują zamachu na głowę państwa. Jest im o tyle łatwiej, że mają wtyczkę w prezydenckiej ochronie (Fox, czyli Jack z serialu Lost). Mamy również “dobrego policjanta”, czyli oddanego sprawie, jak co najmniej John McClaine, osobistego ochroniarza (Quaid). Pojawia się również amerykański turysta (Whitaker), który wszystko filmuje amatorską kamerą cyfrową. A teraz to, co miało być najważniejsze – wydarzenie to widz ogląda z perspektywy każdego z bohaterów, co jakoby ma się przyczynić do ukazania zawiłości tych zdarzeń, a równocześnie ma przybliżyć odbiorcę do “prawdy”. Czyli w skrócie, miał to być taki Rashomon dla ubogich.

Pomysł nie był zły, ale z wykonaniem już znacznie gorzej. Przede wszystkim zawiódł reżyser, który wyłożył się warsztatowo. Utrzymanie uwagi widza przy takiej konwencji jest trudnym zadaniem, nie wystarczą dobre chęci, szczególnie jeśli oglądane na ekranie wydarzenia są, delikatnie mówiąc, mało wciągające. Jak się domyślam, ambitne założenie było takie, że każda kolejna perspektywa miała odsłaniać nowe zawiłości intrygi. Niestety, średnio rozgarnięty gimnazjalista wpada na trop najdalej przy “drugiej części prawdy”, w związku z czym koncept upada. A do końca filmu daleko. Niestety, trudno skupić uwagę na czymkolwiek innym, jeżeli odpada najważniejszy dla tego rodzaju kina, element zaskoczenia.

O błędach logicznych nawet nie piszę, bo nie będę się znęcał. Za to muszę pochwalić montażystów, szczególnie za całkiem niezłą scenę pościgu samochodowego. Żeby jednak nie było za dobrze, jakiś geniusz popsuł ją zupełnie odrealnionym fragmentem potężnej kraksy, z której bohater wychodzi zupełnie bez szwanku (a pojazd do kasacji). Ok, wiem, że to kino rozrywkowego, ale to przecież nie Terminator!

Do gry aktorów przyczepić się nie można, no może Fox jest trochę drewniany, ale nieprzesadnie; można go przełknąć, a dla fanów Lost to pewnie ważny argument dla kupienia biletu. Powiem jednak więcej – po co do tak papierowych ról zatrudniano znakomitości w stylu Hurta czy Weaver (to już zupełne kuriozum, miała tyle do grania, że gdyby zastąpiła ją Kinga Rusin, nikt by nie zauważył). Najbardziej szkoda mi było biednego Whitakera, który męczył się niemiłosiernie, szczególnie w scenie telefonicznego godzenia się z małżonką. Wyglądał, jakby zgrzytał zębami ze złości, a ja razem z nim.

A na finał, reżyser zafundował nam wszystkich sztuczkę pod dobrze znanym tytułem: mam dużo wątków, które biegną w różnych kierunkach, więc jednym ruchem je połączę. Widać zapatrzył się na pseudoartystyczne produkcje w rodzaju Crash albo Babel i zapragnął być równie postmodernistyczny (?). Efektu nawet nie ośmielę się komentować. Napiszę tylko, że wprost nie wierzyłem, że naprawdę widzę to, co widziałem. Absurd i zatrważający brak logiki poszatkowany hiperpatetycznym amerykańskim patriotyzmem. Ble.

Polecam tylko najbardziej wytrwałym miłośnikom kina klasy B.

Pst, to znowu ja. Dawno mnie nie było i nie pisałem, nie mam usprawiedliwienia. Co prawda, Mikowhy twierdzi, że pisze się wtedy, kiedy się chce (i trudno się z nim nie zgodzić), ale tenże sam Mikowhy równocześnie na tyle mnie chwali, że aż wstyd nie zmobilizować się do kolejnego wpisu. A dzisiaj czeka mnie historyczny moment, bowiem pierwszy raz w KNO porwę się na “recenzję” książki. I to nie byle jakiej, tylko zacznę od razu z wysokiego C.

KNO z dumą prezentuje Drogę Cormaca McCarthy’ego.

McCarthy nie jest w Polsce szczególnie rozpoznawalny, za to w rodzimej Ameryce uważa się go za autora równego Pynchonowi i Rothowi, a wręcz za następcę Faulknera. Wielkie nazwiska, ale autor Drogi wcale nie robi przy nich za biedniejszego brata. Nad Wisłą o McCarthym zrobiło się głośniej dopiero przy okazji premiery filmów, które powstały na podstawie jego powieści, najpierw były to Rącze konie, a później oczywiście To nie jest kraj dla starych ludzi. I wreszcie pojawiła się Droga, wielki amerykański bestseller, doceniony również w kręgu krytyki literackiej, otrzymał bowiem Nagrodę Pulitzera oraz The Tait Black Memorial Prize. I wszystko jak najbardziej zasłużenie.

W pewnym sensie powieść ta wpisuje się w nurt powszechny ostatnio w kulturze popularnej – apokalipsa i jej następstwa. Sukcesy kasowe nie tak dawno odnosił w kinach film Jestem legendą, jeszcze nowsza jest produkcja pod tytułem Doomsday, a wspominam przecież tylko kilka przykładów z tego roku. Tak naprawdę motyw ten zakorzenił się w tradycji kulturowej w okolicach lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, a związane to było w znacznym stopniu z zimną wojną i wszechobecnym zagrożeniem nuklearnym. Rzecz jasna, wspomniany nurt eksploatowany jest w dwóch kierunkach – po pierwsze dla czysto rozrywkowych widowisk z wybuchami i innymi podobnymi atrakcjami, a po drugie – dla dzieł, w których postapokaliptyczna otoczka jest tylko pretekstem do rozważań nad kondycją moralną ludzkości. Droga w bardzo wprawny sposób łączy te dwie ścieżki (by nie napisać – drogi).

Już to pisałem przy okazji innych recenzji, ale muszę się powtórzyć – powieść McCarthy’ego jest multigatunkowa. I nie znaczy to w tym przypadku wcale jakiegoś bezmyślnego mieszania styli, wręcz przeciwnie – proporcje są wymierzone z iście aptekarską precyzją.  Mamy tu więc coś z horroru, thrillera, dramatu, no i w dużym stopniu, jednak bardzo mrocznego moralitetu. A wszystko to na tle prostej historii, niemal tak prostej jak ta z filmu Davida Lyncha.

Świat umiera albo już prawie umarł, tyle wiemy. Poza tym wiemy jeszcze tylko, że ojciec i syn podróżują, a raczej uciekają na południe przed zimą. I właściwie w tym zdaniu mógłbym zmieścić całą akcję książki. Nie znamy imion bohaterów, miejsca, które mijają nie mają nazw, domyślać się można jedynie, że to Ameryka.  Nie ma to jednak znaczenia, mogłoby to być zniszczone chemicznym deszczem dorzecze Amazonki, wydźwięk byłby równie depresyjny. Bo to, co uderza (dosłownie) od pierwszych stron powieści, to wszechobecny i wszechogarniający obraz nieuchronnej tragedii. Nie ma wątpliwości, że wyprawa nie ma prawa się udać, zatem ciężar czytelniczego zainteresowania przesuwa się w inną stronę. A co jeśli Droga w istocie mówi o “naszym” świecie?

Taki trop interpretacji podsuwa też Jacek Dukaj w krótkiej notce na okładce książki. Coś w tym jest, bo ile łatwiej byłoby docenić dzisiejszą szarą rzeczywistość, gdybyśmy wiedzieli, że w przyszłości czeka nas tylko z góry skazana na porażka walka o przetrwanie? W “tamtym” świecie nie ma ani radości ani miłości, jedynym uczuciem, jakie wydało się pozostać jest ojcowska troska o syna. Ale to marna pociecha, skoro nie ma przyszłości. Szczęściem powinna być w zasadzie każda przeżyta godzina, szczególnie jeśli udało się uciec grupie leśnych kanibali czy innych bezwzględnych włóczęgów. Tylko, że jutro przyjdą następni. Chwile pozornego spokoju i wytchnienia przynosi jedynie moment odkrycia nowych źródeł pożywienia. Do tego poziomu sprowadzony zostaje człowiek (?) w tamtym świecie (?) – polującego zwierzęcia.

Droga to raptem niewiele ponad 250 stron. Jest to jednak tak skondensowana dawka przejmującego smutku i depresji, że nie polecam dawkować jej w dużych ilościach. McCarthy okazuje się tu prawdziwym mistrzem słowa. Język jest szalenie prosty, oszczędny, a przez to bije jeszcze mocniej. Tnie precyzyjnie, aż do krwi ostatniej, bohatera i czytelnika. Słów jest zawsze dokładnie tyle, ile być powinno. Dialogi ograniczone do niezbędnego minimum. Czasem nie ma ich wcale.

To długa i wyboista droga w dół. A gdy się potkniesz, nikt nie poda ci ręki. Bo nie ma już nikogo.