Bez zbędnych wstępów ;) Drugi mocny akcent koncertowego tygodnia nastąpił w czwartek, chociaż na występ formacji Enon rezerwowałem sobie czas już dużo wcześniej. To może na początek coś o samym miejscu spotkania?
Tak się jakoś dziwnie złożyło, że nie miałem jeszcze okazji zagościć w „nowej” Cafe Mięsnej (Garbary 64, ale wchodzimy od Mostowej). Wreszcie nadarzyła się okazja i muszę przyznać, że zostałem pozytywnie zaskoczony. Wcześniejsza lokalizacja miała swój klimat, ale niestety większość tamtejszych koncertów cierpiała na bardzo poważny defekt, w postaci nagłośnienia. Po prostu w tak małej przestrzeni nie dało się wszystkiego słyszeć, technicznie i fizycznie. I tu pierwszy plus, miejsca jest naprawdę sporo, co więcej – są aż trzy poziomy (i każdy z nich jest odpowiednio wykorzystany). Poza tym udało się w dużym stopniu utrzymać „specyficzną specyfikę” knajpy, ludzie podobni, atmosfera nieodmienna. No, jest dobrze.
Na koncert docieram ze znanym poznańskim blogerem (pozdro nkblox ;) Szacun. Koniec prywaty ;)
Po standardowym okresie oczekiwania umilanym wiadomo czym ;) wchodzimy na górny poziom, gdzie rozstawiła swój sprzęt grający pani Blevin Blectum. Niektórzy byliby pewnie rozradowani (np. mikowhy) widząc, że właściwie cały występ zawdzięczamy pewnemu przenośnemu komputerowi z charakterystycznym jabłuszkiem :) Ale w warstwie muzycznej nie było już tak radośnie (co nie jest zarzutem). Blevin Blectum jest podopieczną znanego elektronicznego harkorowca, Kida 606, pod takim też znakiem upłynął poznański występ. Dużo szumów, trzasków i innych nieskoordynowanych dźwięków, a wszystko na tle lekko psychodelicznych wizualizacji. Od bardziej kojarzonego muzycznego mentora dzieliło Blevin przede wszystkim znacznie wyraźniejsze zarysowanie linii melodycznej i głębszy bas. 50 minut całkiem mocnych doznań. Postaram się do tej tematyki jeszcze kiedyś powrócić, jeśli najdzie mnie na dzielenie się moją fascynacją eksperymentalną elektroniką i mikroelektroniką. Dziś jestem w znacznie bardziej rockowym stanie.
Tak, tak, zdążyłem już przeczytać na pewnym forum, że koncet Enon był be, bo nagłośnienie nie zagrało, bo coś tam było niesłyszalne etc. Ale hola hola! Miało być brudno, garażowo, niezależnie (indie, jak to się modnie mówi teraz) i nawet trochę podziemnie. I co? No i było! Miało być, jak być miało, a mimo drobnego marudzenia malkontentów, stwierdzam, że dolny koncertowy poziom Mięsnej się sprawdził. Przede wszystkim – jak już tam schodzić, to nie wątpliwości, że interesuje cię występ. Nie ględzisz, nie marudzisz, co najwyżej machniesz piwko i to tyle. Ludzi wchodzi całkiem sporo, więc od razu atmosfera robi się gorąca. Przezornie wbiliśmy się pod samą scenę i naprawdę było warto. Od razu poczułem na czym polega przewaga koncertu klubowego nad tym w otwartej przestrzeni.
Bliskość. Muzyki i muzyków. Gitara, bas, klawisz, mikrofon, wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Wystarczy zrobić krok i już się stoi na scenie. A jeśli do tego jest się zadeklarowanym zwolennikiem nowojorskiego klimatu, to więcej już nic nie potrzeba. A czy pisałem już, że muzyka zabrzmiała znacznie energetyczniej i agresywniej niż na płytach? A czy pisałem, że było widać taką zwyczajną radochę na twarzach grających i skaczących pod sceną? A czy pisałem, że ładnie grali, panie doktorze? No to teraz piszę.
I ostatnie zdanie – więcej takiego grania w Poznaniu! Pora rozruszać miasto!


