Na początek mała spowiedź, muszę się publicznie przyznać do grzechu. W ostatnich kilku tygodniach nie obejrzałem żadnego filmu! Na swoje wytłumaczenie mam tylko tyle, że po długim czasie powróciłem do Battlestar Galactiki i zostałem leciutko pochłonięty. Dodatkowo, według przyjętego przeze mnie skomplikowanego algorytmu, wychodziło, że dziś powinna pojawić się notka filmowa. Na szczęście mam do nadrobienia zaległości z dwóch produkcji, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie i wręcz domagają się wpisu. KNO prezentuje Control Antona Corbijna.

Nawet nie będę się silił na obiektywizm, bowiem Ian Curtis odegrał zbyt dużą rolą w moim muzycznym życiu, żebym mógł to ukryć. Nie przesadzę, jeśli przyznam, że twórczość Joy Division w dużym stopniu ukształtowała moją wrażliwość na dźwięki. Do dziś pamiętam dreszcze przechodzące mnie po pierwszym przesłuchaniu Unknown pleasures. Still to jeden z pierwszych albumów, jakie zakupiłem na CD. Curtis to ktoś więcej niż tylko wokalista rockowego zespołu, ale nie odważyłbym się określić go mianem idola. Z tych wszystkich względów, moje oczekiwania co do Control były ogromne. I, o dziwo, zostały spełnione.

Na pewno wielka w tym zasługa reżysera, holenderskiego fotografika, znanego również z kręcenia teledysków dla Depeche Mode, Nirvany czy Metalliki oraz filmów muzycznych o U2 oraz R.E.M. Jego warsztatowe doświadczenie odcisnęło swoje wyraźne piętno przede wszystkim na klimacie filmu. Znakomitym pomysłem było zrobienie obrazu w czarno-białej tonacji, przywodzącej na myśl szare czasy przemysłowego Manchesteru przełomu lat 70. i 80. Zdjęcia są na tyle wysmakowane, że z powodzeniem mogłyby “udawać” prawdziwe zdjęcia zespołu w oryginalnych sceneriach. Wręcz czujemy podduszającą i przygniatającą atmosferę osaczającego miasta, miasta wysysającego z wchodzących dopiero w życie najmniejsze oznaki radości. Depresja bohaterów filmu przeszywa widza na wylot. Chapeu bas!

Drugim kluczem do sukcesu był odtwórca głównej roli, Sam Riley, szerzej znany dotąd tylko z filmu 24 hour party people. Zresztą stwierdzenie odtwórca nie jest w tym przypadku najbardziej trafne, Riley wręcz sprawia wrażenie, że stał się Curtisem. Uderza ich fizyczne podobieństwo, zbliżona tonacja głosu oraz zegarmistrzowsko precyzyjne oddanie ruchów muzyka. Kiedy po zakończonym seansie Control szukałem zapisów koncertów Joy Division uderzyło mnie, jak bardzo bliski Curtisowi stał się Riley. Przerażająco bliski, szczególnie, gdy przypomnimy sobie tragiczny koniec życia Iana. Tu zresztą kolejny plus, bowiem bardzo obawiałem się taniego sentymentalizmu tej sceny, tymczasem Corbijn pokazał ją w niezwykle stonowany sposób. Szalenie sugestywny, ale równocześnie nie epatujący niepotrzebnym emocjonalnym kiczem.

Wreszcie, last but not least, muzyka. Ale czy jest sens pisać o muzyce Joy Division? To trochę tak, jakby tańczyć o architekturze. Jeśli ktoś ma odwagę wystawić swoje serce na atak najbardziej mrocznych dźwięków w historii świata, jeśli potrafi dopuścić do siebie serię przerażająco szczerych słów wrażliwego młodzieńca, niech zaryzykuje wejście w ten świat. Ja na ten temat zamilczę.

Curtis jawi się tutaj nie jako postać z niedostępnego piedestału artystów, lecz jest przede wszystkim zagubionym w rzeczywistości, pochłoniętym muzycznymi ambicjami nadwrażliwcem, który dopiero wchodził w dorosłość, cały czas balansując na granicy upadku w mroczne czeluści. Jego stan dodatkowo pogłębiały ciągłe ataki epilepsji i postępujące załamanie nerwowe. Zagubiony w związku z równie młodą żoną, szukający ucieczki w romansie z fanką, złamał się ostatecznie 18 maja 1980 roku. Po 28 niemal latach Control oddaje nam prawdziwego Iana. Niegdyś zwykło się to określać “prawdą ekranu”. Arcydzieło.

Dziś w części muzycznej jeden z pierwszych telewizyjnych występów Joy Division: