Znowu będę chwalił, aż sam siebie nie poznaję i sam się sobie dziwię. Ale czy to moja wina, że trafiam ostatnio na tak dużo dobrego, a już szczególnie muzycznie? Chciałbym obiecać, że następnym razem sobie poużywam i podręczę kogoś, ale za parę dni premiera nowego albumu Portishead Third. Oj, będzie się działo. Ale dzisiaj bohaterem będzie, ladies and gentlemen, Lao Che.

Po świetnie przyjętych płytach Gusła oraz, przede wszystkim, Powstanie Warszawskie, oczekiwania publiczności były ogromne. Nadzieje zostały dodatkowe pobudzone świetną radiową “zajawką” longplaya. I wreszcie 25 lutego nastąpił Wielki Dzień, światło dzienne ujrzał album Gospel. Co prawda dopiero kwiecień, ale nie mam wątpliwości, że będzie to jedno z najważniejszych (najważniejsze?) wydawnictw całego roku, a może nawet ostatnich lat.

Mądrzy krytycy muzyczni lubią określać Lao Che mianem grupy crossoverowej, co samo w sobie znaczy tyle, że trudno znaleźć jednoznaczne określenie na styl ich grania. Nie, tym razem wyjątkowo nie silę się na złośliwość, bowiem jakiekolwiek próby kategoryzowania tej muzyki muszą zakończyć się kompromitacją. Zamiast tego zatem, tylko garść moich wrażeń.

Gospel może, o dziwo, spodobać się zarówno dotychczasowym zagorzałym fanom zespołu, jak i tym, którzy z ich twórczością nie mieli dotąd najmniejszego kontaktu. Powiedzieć, że płyta jest różna od wcześniejszych produkcji płockiej formacji, to właściwie nic nie powiedzieć. Gdyby wspomnieć jeszcze parahiphopowy projekt Koli, można by nawet pomyśleć, że to zupełnie inni ludzie. I muzycznie, chyba tak właśnie jest, co nie oznacza, że nie znajdziemy punktów wspólnych. Energia, to słowo klucz; ci, którzy byli kiedyś na ich koncercie, wiedzą o czym mówię. Energia i specyficznie pojęta siła (tu mała dygresja, bowiem niektórzy rzeczywiście specyficznie pojmują tę siłę, otóż zdarzyło mi się na jednym z występów spotkać grupkę kojarzącą się ze “sceną narodową” zamawiającą pięć piw, sąsiadującą z miłośnikami idei alterglobalizmu; jedni i drudzy sobie nie przeszkadzali).

Gospel jest też świetną ilustracją do stwierdzenia o podwójnej naturze dzieła – z jednej strony to po prostu porcja dobrych, rock’n'rollowe piosenek, które mogą sprawdzić się nawet w komercyjnej stacji radiowej. Ale poza niezłym graniem, mamy tu też garść znakomitego tekściarstwa w naprawdę świetnej formie. To nie byle jakie blubranie “o kwiatach”, ani przeintelektualizowane poetyckie mądrości o życiu i śmierci; to często proste słowa, ale znowu mające niesamowitą siłę rażenia, z mnóstwem nawiązań kulturowych, ale nie przeładowanych nimi. Gdyby ktoś z Sevre potrzebował wzoru dobrej piosenki, zapraszam po najnowsze wydawnictwo sygnowane nazwą Lao Che.

Nie przynudzając dalej, polecam jeszcze uwadze występy na żywo najbardziej znanych (obok Orlenu) symboli miasta Płock (które niniejszym pozdrawiam :) Już wiem, że w najbliższych paru miesiącach zobaczę ich aż dwukrotnie, najpierw w maju na dziedzińcu poznańskiego Zamku, a później już w realiach openerowych (a więc całkiem przy okazji dzisiejsza notka jest też prezentacją kolejnej gwiazdy Heineken Music ;) Jeśli ktoś będzie miał okazję, na pewno nie pożałuje.

Na koniec tradycyjnie coś na wyrobienie smaku, fragment koncertu w gdyńskim klubie Ucho: