kwiecień 2008


Na początek mała spowiedź, muszę się publicznie przyznać do grzechu. W ostatnich kilku tygodniach nie obejrzałem żadnego filmu! Na swoje wytłumaczenie mam tylko tyle, że po długim czasie powróciłem do Battlestar Galactiki i zostałem leciutko pochłonięty. Dodatkowo, według przyjętego przeze mnie skomplikowanego algorytmu, wychodziło, że dziś powinna pojawić się notka filmowa. Na szczęście mam do nadrobienia zaległości z dwóch produkcji, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie i wręcz domagają się wpisu. KNO prezentuje Control Antona Corbijna.

Nawet nie będę się silił na obiektywizm, bowiem Ian Curtis odegrał zbyt dużą rolą w moim muzycznym życiu, żebym mógł to ukryć. Nie przesadzę, jeśli przyznam, że twórczość Joy Division w dużym stopniu ukształtowała moją wrażliwość na dźwięki. Do dziś pamiętam dreszcze przechodzące mnie po pierwszym przesłuchaniu Unknown pleasures. Still to jeden z pierwszych albumów, jakie zakupiłem na CD. Curtis to ktoś więcej niż tylko wokalista rockowego zespołu, ale nie odważyłbym się określić go mianem idola. Z tych wszystkich względów, moje oczekiwania co do Control były ogromne. I, o dziwo, zostały spełnione.

Na pewno wielka w tym zasługa reżysera, holenderskiego fotografika, znanego również z kręcenia teledysków dla Depeche Mode, Nirvany czy Metalliki oraz filmów muzycznych o U2 oraz R.E.M. Jego warsztatowe doświadczenie odcisnęło swoje wyraźne piętno przede wszystkim na klimacie filmu. Znakomitym pomysłem było zrobienie obrazu w czarno-białej tonacji, przywodzącej na myśl szare czasy przemysłowego Manchesteru przełomu lat 70. i 80. Zdjęcia są na tyle wysmakowane, że z powodzeniem mogłyby “udawać” prawdziwe zdjęcia zespołu w oryginalnych sceneriach. Wręcz czujemy podduszającą i przygniatającą atmosferę osaczającego miasta, miasta wysysającego z wchodzących dopiero w życie najmniejsze oznaki radości. Depresja bohaterów filmu przeszywa widza na wylot. Chapeu bas!

Drugim kluczem do sukcesu był odtwórca głównej roli, Sam Riley, szerzej znany dotąd tylko z filmu 24 hour party people. Zresztą stwierdzenie odtwórca nie jest w tym przypadku najbardziej trafne, Riley wręcz sprawia wrażenie, że stał się Curtisem. Uderza ich fizyczne podobieństwo, zbliżona tonacja głosu oraz zegarmistrzowsko precyzyjne oddanie ruchów muzyka. Kiedy po zakończonym seansie Control szukałem zapisów koncertów Joy Division uderzyło mnie, jak bardzo bliski Curtisowi stał się Riley. Przerażająco bliski, szczególnie, gdy przypomnimy sobie tragiczny koniec życia Iana. Tu zresztą kolejny plus, bowiem bardzo obawiałem się taniego sentymentalizmu tej sceny, tymczasem Corbijn pokazał ją w niezwykle stonowany sposób. Szalenie sugestywny, ale równocześnie nie epatujący niepotrzebnym emocjonalnym kiczem.

Wreszcie, last but not least, muzyka. Ale czy jest sens pisać o muzyce Joy Division? To trochę tak, jakby tańczyć o architekturze. Jeśli ktoś ma odwagę wystawić swoje serce na atak najbardziej mrocznych dźwięków w historii świata, jeśli potrafi dopuścić do siebie serię przerażająco szczerych słów wrażliwego młodzieńca, niech zaryzykuje wejście w ten świat. Ja na ten temat zamilczę.

Curtis jawi się tutaj nie jako postać z niedostępnego piedestału artystów, lecz jest przede wszystkim zagubionym w rzeczywistości, pochłoniętym muzycznymi ambicjami nadwrażliwcem, który dopiero wchodził w dorosłość, cały czas balansując na granicy upadku w mroczne czeluści. Jego stan dodatkowo pogłębiały ciągłe ataki epilepsji i postępujące załamanie nerwowe. Zagubiony w związku z równie młodą żoną, szukający ucieczki w romansie z fanką, złamał się ostatecznie 18 maja 1980 roku. Po 28 niemal latach Control oddaje nam prawdziwego Iana. Niegdyś zwykło się to określać “prawdą ekranu”. Arcydzieło.

Dziś w części muzycznej jeden z pierwszych telewizyjnych występów Joy Division:

Znowu będę chwalił, aż sam siebie nie poznaję i sam się sobie dziwię. Ale czy to moja wina, że trafiam ostatnio na tak dużo dobrego, a już szczególnie muzycznie? Chciałbym obiecać, że następnym razem sobie poużywam i podręczę kogoś, ale za parę dni premiera nowego albumu Portishead Third. Oj, będzie się działo. Ale dzisiaj bohaterem będzie, ladies and gentlemen, Lao Che.

Po świetnie przyjętych płytach Gusła oraz, przede wszystkim, Powstanie Warszawskie, oczekiwania publiczności były ogromne. Nadzieje zostały dodatkowe pobudzone świetną radiową “zajawką” longplaya. I wreszcie 25 lutego nastąpił Wielki Dzień, światło dzienne ujrzał album Gospel. Co prawda dopiero kwiecień, ale nie mam wątpliwości, że będzie to jedno z najważniejszych (najważniejsze?) wydawnictw całego roku, a może nawet ostatnich lat.

Mądrzy krytycy muzyczni lubią określać Lao Che mianem grupy crossoverowej, co samo w sobie znaczy tyle, że trudno znaleźć jednoznaczne określenie na styl ich grania. Nie, tym razem wyjątkowo nie silę się na złośliwość, bowiem jakiekolwiek próby kategoryzowania tej muzyki muszą zakończyć się kompromitacją. Zamiast tego zatem, tylko garść moich wrażeń.

Gospel może, o dziwo, spodobać się zarówno dotychczasowym zagorzałym fanom zespołu, jak i tym, którzy z ich twórczością nie mieli dotąd najmniejszego kontaktu. Powiedzieć, że płyta jest różna od wcześniejszych produkcji płockiej formacji, to właściwie nic nie powiedzieć. Gdyby wspomnieć jeszcze parahiphopowy projekt Koli, można by nawet pomyśleć, że to zupełnie inni ludzie. I muzycznie, chyba tak właśnie jest, co nie oznacza, że nie znajdziemy punktów wspólnych. Energia, to słowo klucz; ci, którzy byli kiedyś na ich koncercie, wiedzą o czym mówię. Energia i specyficznie pojęta siła (tu mała dygresja, bowiem niektórzy rzeczywiście specyficznie pojmują tę siłę, otóż zdarzyło mi się na jednym z występów spotkać grupkę kojarzącą się ze “sceną narodową” zamawiającą pięć piw, sąsiadującą z miłośnikami idei alterglobalizmu; jedni i drudzy sobie nie przeszkadzali).

Gospel jest też świetną ilustracją do stwierdzenia o podwójnej naturze dzieła – z jednej strony to po prostu porcja dobrych, rock’n'rollowe piosenek, które mogą sprawdzić się nawet w komercyjnej stacji radiowej. Ale poza niezłym graniem, mamy tu też garść znakomitego tekściarstwa w naprawdę świetnej formie. To nie byle jakie blubranie “o kwiatach”, ani przeintelektualizowane poetyckie mądrości o życiu i śmierci; to często proste słowa, ale znowu mające niesamowitą siłę rażenia, z mnóstwem nawiązań kulturowych, ale nie przeładowanych nimi. Gdyby ktoś z Sevre potrzebował wzoru dobrej piosenki, zapraszam po najnowsze wydawnictwo sygnowane nazwą Lao Che.

Nie przynudzając dalej, polecam jeszcze uwadze występy na żywo najbardziej znanych (obok Orlenu) symboli miasta Płock (które niniejszym pozdrawiam :) Już wiem, że w najbliższych paru miesiącach zobaczę ich aż dwukrotnie, najpierw w maju na dziedzińcu poznańskiego Zamku, a później już w realiach openerowych (a więc całkiem przy okazji dzisiejsza notka jest też prezentacją kolejnej gwiazdy Heineken Music ;) Jeśli ktoś będzie miał okazję, na pewno nie pożałuje.

Na koniec tradycyjnie coś na wyrobienie smaku, fragment koncertu w gdyńskim klubie Ucho:

Jak widać po ostatniej notce, czasami lepiej nie wychodzić przed szereg i się zbytnio nie spieszyć. Mam jednak nadzieję, że wyczerpałem na pewien czas zasoby blogowego pecha i tym razem nie wywróżę czegoś złego. A bardzo bym tego nie chciał, bowiem już w czwartek premiera 6 sezonu mojego kolejnego ulubionego serialu, pod krótkim i wymownym tytułem – Monk.

Ten osobnik na zdjęciu obok to właśnie główny bohater serii, detektyw Adrian Monk. Ale napisać o nim detektyw, to jeszcze mało. Znacznie bliżej prawdy będę pisząc – genialny detektyw albo lepiej – genialny detektyw z rozwiniętą paranoją. Monk nie jest zresztą klasycznym serialem kryminalnym, najlepszym przykładem na to niech będzie fakt, że zdarza mu się dostawać nagrody w kategoriach komediowych. Ale też przecież ostatnio największą popularnością cieszą się właśnie produkcje, które z lekkością wykraczają poza sztywne ramy gatunkowe. Bez wątpienia, pojęcie “kina gatunków” ma w telewizji coraz mniejsze zastosowanie.

Monk łączy w sobie cechy najlepszych śledczych świata (ze słynnym Sherlockiem Holmesem na czele) z postaciami ze slapstickowych komedii oraz bohaterami komedii w stylu Depresji gangstera. Jego znakiem rozpoznawczym nie stał się jednak wybitny spryt i genialna umiejętność łączenia faktów (chociaż i tym potrafi zaimponować), ale postępująca paranoja dnia codziennego – chorobliwe zamiłowanie do czystości i permanentna depresja. Rzecz jasna, nie jest to dramat w czystej postaci, mimo że problemy Monka rozpoczęły się wraz z tragiczną śmiercią żony, z którym faktem nie potrafi się pogodzić. Od tego czasu przestał pracować jako etatowy policjant, jest konsultantem przy trudniejszych przypadkach i wraz ze swoją asystentką prowadzi coś na kształt “prywatnej działalności”. Cudzysłów tu całkiem zamierzony, bowiem Monk jest najmniej odpowiednią osobą do nawet najmniejszego biznesu.

Adrian cierpi, jeżeli w jego świecie jest cokolwiek niesymetrycznego bądź w jakikolwiek inny sposób zaburza jego harmonię (dlatego zawsze kubki w szafce mają ucho w tę samą stronę, napoje w sąsiadujących naczyniach mają ten sam poziom, na talerzu musi znajdować się idealna liczba ziarenek ryżu etc). Nie lubi żadnych przejawów nieczystości, rękę podaje tylko przez rękawiczkę (ewentualnie wyciera ją w chwilę później w wilgotną chusteczkę jednorazowego użytku), pije wyłącznie wodę mineralną (zawsze tego samego producenta), nie rusza się bez podręcznego zestawu higienicznego itd. itd. Poza tym każdy jego dzień zakończony jest wizytą u specjalisty psychologa, który prowadzi sprawę Monka od wielu lat i zna go lepiej, niż niektórzy członków rodziny. To z nim Adrian analizuje wszystkie swoje (wyimaginowane) często problemy z codzienności, zawiłe relacje ze współpracownikami, a czasem wspomina Trudy, ukochaną małżonkę. Brzmi strasznie? Uwierzcie, Monka nie można nie lubić ;)

Co ważne, a częste ostatnie w dobrych produkcjach telewizyjnych – świat serialu nie zamyka się tylko na bardzo dobrym pomyśle na główną postać, ale mamy tu znowu cały przekrój znakomitych bohaterów drugoplanowych bądź epizodycznych. Mimo, że czasem są to kreacje trącące szablonowością (szczególnie para średnio rozwiniętych policjantów), to i tak budzą sympatię swoim komediowym wydźwiękiem. Osobne miejsce należałoby poświęcić dwóm niezwykłym asystentkom Monka, których poświęcenie dla pracodawcy sprawia, że może on w ogóle funkcjonować (nie piszę “normalnie”, bo nie jest to najlepsze określenie w jego przypadku ;) Warto jeszcze dodać, że w niektórych odcinkach trafiają się prawdziwe gwiazdy dużego ekranu, w postaci choćby Johna Turturro w roli brata detektywa (zresztą, równie pokręcone jak Adrian, cierpiącego na bardzo głęboką agorafobię). No i, rzecz jasna, nie sposób pominąć genialnego Tony’ego Shalhouba w roli Monka. Ale to temat rzeka, bo aktora doceniają nie tylko fani, ale również szacowne grono krytyków filmowych i jurorów akademii, którzy przyznali mu Złotego Globa i trzykrotnie Emmy.

Wystraszonych informacją, że to już szósty sezon, uspokajam – każdy odcinek jest zamkniętą całością, można więc włączyć się w dowolnym momencie i nie będzie problemów z odnalezieniem się w serialowej rzeczywistości. Dobra zabawa gwarantowana. A więc w czwartek o 21 wszyscy meldują się przed ekranem Canal Plusa.

Niezdecydowanym polecam jeszcze małą próbkę umiejętności Adriana Monka:

Już za około trzy miesiące start kolejnej edycji festiwalu Opener w Gdyni. A ponieważ jak zazwyczaj, ciekawych wydarzeń podczas tych trzech nadmorskich wydarzeń nie zabraknie, pora już dziś zacząć prezentację co niektórych artystów tegorocznego Heineken Music. Na pierwszy rzut Jay-Z. No dobra, żartowałem, o tym panu raczej nie napiszę ;) KNO z dumą przedstawia – Beirut.

Nie będę daleki od prawdy, jeżeli napiszę, że Beirut to przede wszystkim Zach Condon, genialny dwudziestodwulatek z Nowego Meksyku. Co prawda do udziału w produkcji pierwszego wydawnictwa przyznaje się również Jeremi Barnes z Neutral Milk Hotel, ale praktycznie cały album Gulag Orkestar został zarejestrowany przez Zacha samodzielnie w domu! Condon miał wówczas 19 lat, ale nie był to jego pierwszy kontakt ze światem muzyki, bowiem już mając 15 lat (jako The Real People) eksperymentował ze stylistyką lo-fi, a później jeszcze z doo-woop. Przełomowym, jak dotąd, momentem okazało się porzucenie Ameryki na rzecz Europy. Tam, w wieku 16 lat, Zach odkrywa Bałkany i muzykę Bobana Markovica.

Muzykę Beirutu bardzo trudno zaklasyfikować, a jeszcze trudniej o niej pisać. Tak naprawdę najlepiej ją poczuć. Pierwszy kontakt z nią bywa dosyć porażający, tak wiele pozornie nieprzystających do siebie nawiązań można bowiem tam znaleźć. Rzeczywiście można mieć wrażenie, że to wyraz utajonych tęsknot Ameryki za utraconą Europ, czy przynajmniej jej częścią. Zach eksploruje zapomniane rejony Bałkanów, skupiając się głównie na cygańskim folklorze. Czasami przypomina w tym metodę poszukiwań, jaką stosuje polski pisarz Andrzej Stasiuk – skupienie na prowincjonalności. Oczywiście, gdyby Beirut po prostu przeniósł tę stylistykę na grunt amerykański, nie byłoby to aż tak ciekawe zjawisko. Znajdziemy tam jednak również instrumenty hawajskie, melodie jak z meksykańskiego wesela oraz urzekający efekt tzw. americany.

Zach z młodzieńczym, niemal nastoletnim zaangażowaniem wkracza w muzyczny światek, stając się z miejsca jedną z jego ciekawszych postaci. Przejmujący wokal w połączeniu z szalonym wręcz geniuszem instrumentalnym (jego muzyka jest naprawdę bogata pod tym względem, pełno tam mandolin, ukulele, akordeonów, a także całej masy smyczków) jest chyba wystarczającą rekomendacją. Mimo dopiero dwóch długich albumów pod szyldem Beirut, już w tej chwili to zjawisko na miarę CocoRosie, Davandry Banhearta czy najlepszych zespołów kanadyjskiej sceny alt, z Arcade Fire na czele. Chcecie więcej? Wybierzcie się na koncert!

Zach gościł już w Polsce, podczas ubiegłorocznego Festiwalu Malta w Poznaniu. Niestety, dziwnym trafem przegapiłem ten występ, czego później bardzo żałowałem. Tym razem nie powtórzę tego błędu i koncert Beirutu jest najbardziej wyczekiwanym przeze mnie akcentem zbliżającego się Openera.

Jeśli istnieje muzyka, która nie jest ani szczególnie radosna, choć niewątpliwie energetyczna, ani też przesadnie smutna, choć przecież liryczna, to jest to muzyka formacji Beirut. Jeśli ktoś potrafi nagrać piosenkę, która w 3 minutach potrafi opowiedzieć jednocześnie o życiu i śmierci, to jest to Zach Condon. A jeśli macie ochotę przekonać się, czy są w was takie miejsca, które można poruszyć delikatną struną ukulele, sięgnijcie po tę muzykę.

Na zachętę oficjalna strona formacji oraz jeden z najciekawszych teledysków:

[dodano 04.04] Niestety, zmuszony jestem uzupełnić notkę fatalną wiadomością. Grupa Beirut odwołała wczoraj europejską trasę, w związku z czym nie wystąpi na festiwalu Opener. Oto oświadczenie Zacha Condona:

“Hello,
It’s with great regret that I have to tell all of you that Beirut is cancelling their summer European shows.  My reasons for doing this are many, some of which I don’t care to discuss, but I still feel I need to provide something of an explanation.

The past two years have been a mindblowing experience.  From the first indications that people were putting songs from Gulag up on their blogs to our incredible tour of Australia and New Zealand that we just completed, everything that has happened has been beyond anything I’d ever hoped could happen with the music I wrote and recorded in my bedroom. Once things started happening, I decided I wanted to do everything as big as possible.  So, I set about putting together a large band, and giving that band a huge sound, and making the most spectacular records we possibly could.

I know this can sound like an artist shithead kind of comment, but going through all that really does have its low points along with the highs. The responsibilities of gathering people around your vision, working with great people like those who work directly for the band and those at the label, wanting to insure that every show is as good as humanly possible so that every single person in the audience sees that we put in a real effort, all of that leads to a lot of issues in terms of doing right by people who have done you right.

It’s come time to change some things, reinvent some others, and come back at some point with a fresh perspective and batch of songs.

Please accept my apologies.  I promise we’ll be back, in some form.
Zach”