Ta notka miała się tu znaleźć już jakiś czas temu, niestety, okazuje się, że praca na drugą zmianę niespecjalnie sprzyja pisaniu (tak naprawdę, to niczemu zresztą nie sprzyja). Ale nie o tym chciałem.
Nie będę wnikał w chronologię wydarzeń, nie wyobrażam sobie bowiem, żeby istniał aktywny uczestnik polskiej blogosfery, który nie słyszałby o tym, co ostatnio dzieje się w okupowanym Tybecie. Na kilka miesięcy przed Igrzyskami Olimpijskimi w Pekinie (mającymi w założeniu być sportowym, ale przecież nie tylko, świętem) dochodzi w tym kraju do aktów ludobójstwa. Nieważne są liczby czy daty, one są tylko metodą przemawiania do zdezorientowanych. Ważne, czy chcemy i możemy coś zrobić.
Temat jest złożony, jakie mamy bowiem metody walki czy chociażby przeciwstawienia się światowemu mocarstwu? Wśród wielu głosów w tej sprawie pojawia się kilka zdecydowanych koncepcji: bojkot igrzysk, bojkot gospodarczy czy choćby bojkot głównych sponsorów zawodów. Czy którakolwiek z nich ma szanse powodzenia?
Najpierw od tej najbardziej kontrowersyjnej – całkowity bojkot sportowej części igrzysk. Historia ruchu olimpijskiego zna już takie przypadki – Moskwa’80 i Los Angeles’84. Poza rozczarowaniem (wiem, że to eufemizm) zawodników, gest taki nie przyniósł praktycznie żadnych politycznych korzyści. Pamiętać trzeba poza tym, że dla zapaśnika, kolarza czy innego kajakarza, jego zawód nie różni się niemal niczym od pracy chociażby urzędnika państwowego. Oczywiście, reprezentuje swój kraj, czuje dumę, gdy widzi powiewającą na maszcie flagę narodową, ale przede wszystkim jego kariera to sposób na zarabianie pieniędzy. Sportowcy także mają kredyty, kupują domy, muszą utrzymać rodziny. Dla niektórych z nich, igrzyska pekińskie mogą być jedyną okazją do zmierzenia się z najlepszymi w swojej dyscyplinie. Dlaczego więc to właśnie oni mają być bezpośrednim orężem w walce z chińską dyktaturą? Szczególnie, że sam Dalajlama sprzeciwia się takiej formie protestu.
Oczywiście, czym innym bojkot, a czym innym gesty poparcia dla Tybetu (osobiście zresztą wydaje mi się, że popieranie pewnej idei jest znacznie lepszym pomysłem, niż bojkotowanie innej; znacznie lepiej prezentuje się “pozytywny przekaz”). Mam nadzieję, że władze ruchu olimpijskiego (zarówno tego światowego, jak i lokalnego) opamiętają się i przestaną straszyć dyskwalifikacjami za wyrażanie tego typu poglądów podczas pobytu sportowców w Tybecie. Małe flagi, znaczki, wstążki, kokardki – pomysłów na pewno nie zabraknie. Ważne, aby sygnał był prosty i przejrzysty – nie milczymy w tej sprawie.
A co pozostaje dla nas? Właściwie to samo – należy o tym po prostu mówić. Mało? Pewnie mało, ale pamiętajmy, w jak dynamiczny sposób zmienia się współczesny świat i jak wielką już ma siłę Internet. Prawdopodobnie, gdyby nie powszechność sieci, wiele zdjęć czy filmów z masakry w Tybecie, nie dotarłaby do tak wielkiej liczby ludzi i nie poruszyłaby tak wielu sumień.
KNO oczywiście decyduje się wesprzeć szlachetną inicjatywę Free Tibet , akcję polskiej blogosfery (i nie tylko), solidaryzującej się z Tybetańczykami. W tej sprawie nie ma prostych rozwiązań, ale jedno jest jasne, nie wolno być obojętnym.
Dajmy znać Tybetowi, że nie jest sam. Pokażmy chińskim decydentom, co myślimy o ich działaniach. Powiedzmy naszym władzom, jakich deklaracji od nich oczekujemy. Pokażmy swoją solidarność.
Free Tibet!
31 marzec, 2008 at 8:25
Stereo, a powiedz mi kto właściwie ma karać za te ewentualne “gesty”. Mają to robić krajowe (narodowe) związki olimpijskie czy cały MKO?
Co więcej, zastanawiam się kto płaci sportowcom za wyniki. Przypuszczam, że każdy kraj sam ustala odpowiednie gratyfikacje, ale czy sportowcy dostają jakieś pieniądze z “samej olimpiady”?
Reasumując – czym właściwie mają być te sankcje?
Tak czy owak zgadzam się całkowicie z Twoją konkluzją: “w te albo wefte” ale trzeba coś powiedzieć.
Pozdrawiam,
Mikowhy
31 marzec, 2008 at 9:37
Mój postulat jest taki, żeby w ogóle odpuścić te “kary”, ale na dzień dzisiejszy sankcje nakładane są przez narodowe komitety olimpijskie. Oczywiście, MKOl może również się w tej kwestii wypowiedzieć i dokładnie to robi, sugerując, że każdy tego typu gest, może zostać odebrany jako “pogwałcenie założeń olimpijskich”, co już samo w sobie jest niezłym zakłamaniem. Ale precedens już jest, niedawno ukarano pływaka serbskiego za wyrażenie swoich poglądów w sprawie Kosowa.
MKOl wypłaca bardzo symboliczne startowe, większa część “zarobków” pochodzi ze związku narodowego, no i oczywiście sponsorów.
Natomiast sankcje są bardzo dotkliwe – całkowita dyskwalifikacja, włącznie z anulowaniem wyniku sportowego i ewentualnym odebraniem medalu.
Pozdrawiam,
stereoboy
1 kwiecień, 2008 at 10:38
Reasumując – to nie sportowcy powinni bojkotować – to jest ich praca i tyle.
Ruch jest po naszej stronie i dlatego również popieram http://www.freetibet.pl
1 kwiecień, 2008 at 11:58
W skrócie – właśnie to miałem na myśli.