Dzisiaj nietypowo, bo o trochę innym wymiarze kultury popularnej, znacznie bliższej pojęciu kultury ludycznej. W ostatnich kilku dniach miałem okazję powrócić na chwilę do Irlandii i tak się szczęśliwie złożyło, że akurat trafiłem na Dzień Św. Patryka w Dublinie. Mimo, że nie był to najważniejszy akcent mojego wyjazdu, to i tak dość niecierpliwie wyczekiwałem 17 marca. Oczywiście, na znacznie mniejszą skalę święto to jest obchodzone również poza “szmaragdową wyspą”, ale zobaczenie tej uroczystości w jej oryginalnym środowisku jest naprawdę bezcenne.

Od kiedy mieszkam w Poznaniu, staram się zawsze uczestniczyć w paradzie świętomarcińskiej, mającej miejsce 11 listopada każdego roku. W Polsce to właściwie jedyna tego typu okazja, aby wspólnie coś świętować, z dala od patetycznej i pseudopodniosłej atmosfery poważnej imprezy. Gdybym wierzył, że to coś zmieni, namawiałbym polskich polityków i innych decydentów do wyjazdu do Dublina i zapoznania się z tym, w jak inny sposób można organizować celebrację podobnych dni. Ale wiem, że później i tak mielibyśmy kolejne nudne apele i salwy armatnie.

Poznański św. Marcin jest tutaj chlubnym wyjątkiem; ci, którzy dobrze czuli się pośród ton słodkich rogali powinni koniecznie wybrać się na irlandzkiego św. Patryka. W tym roku paradę oglądało ponad 600 tys. mieszkańców Dublina i specjalnie przybyłych do miasta turystów. Atmosferę świetnej zabawy czuć było już kilka dni wcześniej, ulice zapełniły się bowiem setkami ludzi z zielonymi akcentami w garderobie, z doklejonymi rudymi brodami, w kapeluszach, szalikach i koszulkach w irlandzkich barwach. W dniu parady nie brakowało też zielonych koniczynek na twarzach czy zielonych włosów. Jednym słowem, próżno by szukać tego dnia kogoś niezadowolonego (malkontenci zostali w domach).

Co rzucało się w oczy – Irlandczycy są dumni z tego, że są Irlandczykami. Ich historia, szczególnie ta współczesna, w wielu miejscach zbieżna jest z historią Polski, a jednak podejście do własnej narodowości jest zgoła różne. Irlandczycy cieszą się swoim krajem, ich narodowe symbole są dla nich powodem do prawdziwej radości, a święto narodowe – okazją do wspólnej zabawy. Dzień wolny od pracy spędza się nie przed telewizorem czy na zakupach, ale na rodzinnej wyprawie do centrum miasta i pełnym uśmiechu popołudniu. Ta pozytywna atmosfera udziela się również cudzoziemcom, którzy na ten dzień także przywdziewają flagi w irlandzkich kolorach. Cały Dublin staje się na parę godzin wielokolorowym, szczęśliwym tłumem.


Sama parada przebiega w myśl zasady: “dla każdego coś miłego”. Prezentacja reprezentacyjnych oddziałów wojsk, orkiestry dęte, połykacze ognia, szczudła, kolorowe wstęgi, muzyka i inne podobne akcenty. Nie zabrakło również elementów charakterystycznych dla licznych w Dublinie mniejszości narodowych. Pozornie, nie ma tam nic wyjątkowego, ale wszystko to w połączeniu z niezwykłą wręcz tego dnia otwartością gospodarzy daje bardzo przyjemny efekt. Jest po prostu sympatycznie i byłoby dla nas dużą korzyścią, gdybyśmy nauczyli się czegoś w tym temacie od Irlandczyków.
Zainteresowanych zapraszam jeszcze do trochę bardziej rozbudowanej galerii z mojego wyjazdu.