Nie jestem specjalistą w dziedzinie kryminału, ale od pewnego czasu zacząłem doceniać ten gatunek filmu. Oczywiście, czarne kryminały sprzed lat są klasą same dla siebie, więc nie o nich będzie mowa (a przynajmniej nie dziś). Tym razem słów kilka o produkcji, która miała być świetną rozrywką na długi wciąż wieczór i skutecznie go zapełnić, a wyszło, jak wyszło.
Sleuth miał wszelkie możliwości, żeby spełnić wymagania dobrego filmu. Po kolei: świetny pierwowzór (pod tym samym tytułem, z 1972 roku, autorstwa Josepha L. Mankiewicza), znakomity scenariusz autorstwa, uwaga, samego Harolda Pintera (a więc laureata Literackiej Nagrody Nobla z 2005 r.), niezłego reżysera (znany miłośnik Szekspira w każdej postaci, Kenneth Branagh) oraz dwójkę wybitnych aktorów – Jude’a Lawa oraz Michaela Caine’a (jako ciekawostkę dodam, że grał również w wersji oryginalnej, tylko oczywiście odtwarzał tam inną postać). Jak się jednak okazało, wszystko to było za mało.
Akcja jest bardzo prosta – doświadczony wiekowo i życiowo bogaty pisarz (Caine) zaprasza do swojej posiadłości młodego i przystojnego aktora (Law), który romansuje z żoną popularnego literata. Każdy rzecz jasna próbuje ugrać coś dla siebie – starszy głównie szuka zemsty, która ma wnieść emocje do jego wyjałowionego już życia, a młodszy walczy o rozwód dla swojej kochanki, a więc o możliwość ich dalszego bycia razem. Brzmi nieźle? Niestety, na tym się kończy.
Film nie jest szczególnie długi, ale niemiłosiernie się dłuży. Oczywiście, można by przyjąć, że to wymogi konwencji, ale wcale to nie działa na jego korzyść. Reżyser założył sobie bowiem, że będzie to de facto teatr telewizji, tylko, że oglądany na większym ekranie. Ci, którzy pomyśleli sobie teraz, że to dobry pomysł, na pewno nie widzieli jeszcze Sleuth. Aktorski pojedynek, na który widzowie ostrzyli sobie zęby okazuje się bowiem pokazem sztuczności i przerysowanej do granic rozsądku gry. Oczywiście, aby utrzymać napięcie, mając do dyspozycji zaledwie dwójkę bohaterów, dodatkowo pojawiających się wyłącznie w ograniczonej i zamkniętej przestrzeni, trzeba być niemal mistrzem reżyserskiego warsztatu. Ale czy to, że Branagh okazał się nim nie być, rozgrzesza go choćby w najmniejszym stopniu?
Zresztą im dalej, tym gorzej. Reżyser raczy coraz to bardziej wymyślnymi ujęciami, z niezwykłą wręcz dbałością skupiając się na zupełnie nieistotnych detalach scenografii i bardzo wyraźnie podkreślając w ten sposób, że to, co widzimy to dekoracja. Taka umowność sprawdza się w prawdziwym teatrze, ale na ekranie kinowym co najmniej dziwi. Kilka sprawnie wyuczonych sztuczek, ale nic poza tym. Twórcza pustka. Kwintesencja stwierdzenia o przeroście formy nad treścią.
Tak naprawdę, do końca nawet nie wiadomo, co jest główną osią pojedynku między bohaterami. Wydawać by się mogło, że chodzi o kobietę, ale w pewnym momencie Branagh przenosi środek ciężkości na, nieumotywowaną niczym, relację homoerotyczną postaci. Zupełnie niezrozumiały zabieg, dla którego nie widzę innego wyjaśnienia, jak tylko dodatkowe i zupełnie niepotrzebne pogmatwanie sytuacji. I oczywiście skonfundowanie najbardziej wytrwałego widza.
Omijać z daleka, chyba, że chcecie przetestować własną cierpliwość.
Tym razem wyjątkowo nie wrzucam trailera filmu, bo mógłby kogoś wprowadzić w błąd. W zamian, promo oryginalnej wersji: