Dzisiaj notka okazjonalna. 2 marca 1942 roku przyszedł na świat ten oto jegomość:

Lou Reed, ikona i symbol Nowego Jorku, związany z tym miastem praktycznie przez całą swoją karierę, a nawet życie, bo urodził się na swoim ukochanym Brooklynie. Właściwie cokolwiek by o nim nie napisać, to i tak będzie za mało.
Zanim stał się kwintesencją nowojorskiego intelektualisty, próbował swoich sił w kilku lokalnych zespołach. Po spotkaniu Johna Cale’a i kilku personalnych zawirowaniach, powstało The Velvet Underground. Już pierwszy miesiąc ich działalności przyniósł im nawiązanie kontaktu z Andym Warholem i dołączenie do jego słynnej Fabryki. Nagrywali muzykę do jego filmów, pokazów fotografii i inych multimedialnych projektów, a Warhol, po dokooptowaniu do składu Nico, wyprodukował (przynajmniej oficjalnie) ich najsłynniejszy album, znany pod bardzo oczywistym tytułem The Velvet Underground & Nico. Płyta, co nie powinno dziwić, nie stała się wówczas komercyjnym sukcesem; nie to jest jednak ważne z dzisiejszej perspektywy. Te 11debiutanckich utworów okazało się bowiem być jednymi z najważniejszych w historii muzyki 2. połowy XX wieku. I jednymi z najbardziej wpływowych, nawet teraz.
Reed śpiewał, grał na gitarze i pisał większość tekstów. Sceniczny wizerunek zespołu był szokujący nawet dla liberalnego środowiska Nowego Jorku. Lou nie ukrywał ani swoich tendencji do narkotykowych ciągów, ani biseksualizmu (z którego zresztą był “leczony” elektrowstrząsami). Jego piosenki opowiadały więc o dealerach, dziwkach, drag-queens itd. W warstwie muzycznej grupę cechowało połączenie delikatnej piosenkowości z psychodelicznymi eksperymentami. Charakterystyczny, chropowaty wokal Reeda sąsiadował to z monotonną linią basu, to znów cukierkowato słodkimi klawiszami. Gatunkowo stali pomiędzy awangardowym rockiem a początkami punka (zwanego także protopunkiem). Byli jednymi z największych reformatorów rock’n'rolla tamtych czasów.
Od 1972 roku Reed kontynuuje karierę solową. Na Wyspach Brytyjskich poznaje Davida Bowiego i wspólnie przygotowują album Transformer, który po raz pierwszy przynosi Lou sukces finansowy (głównie dzięki utworowi Walk on the wild side, opowiadającemu historię podrózy transseksualnej prosytutki z Los Angeles do Nowego Jorku). Na tej płycie ujawniają się też glamrockowe ciągotki artysty.
To nie miał być hołd, ani biografia, więc kończąc ten wątek dodam tylko, że muzyk jest kreatywny aż dotąd, by wspomnieć tylko jego album Ecstasy z 2000 roku, nagrany z inną nowojorską legendą, Laurie Anderson.
Gdybym mógł wybrać swoje miejsce na świecie, prawdopodobnie byłby to Nowy Jork, miasto kontrastów, ale i wielkich możliwości; miasto dudniące muzyką, będące zawsze awangardą sztuki i kultury. Jeżeli dzisiaj widzimy NY właśnie w ten sposób, to w dużym stopniu właśnie dzięki Lou. Więc happy birthday Mr Reed!
A to jeden z moich ulubionych utworów dzisiejszego bohatera (ciekawe kto z was wie, że tekst opowiada o heroinie?):
P.S. Także wczoraj swoje urodziny miała Anita z Zielonej Wyspy. I w tym miejscu dla niej również – Happy birthday!