Budzisz się rano i już wiesz, że ten dzień nie przyniesie ci nic nowego. Pójdziesz do pracy, która nikomu nie jest do niczego potrzebna. Spełnienie? Już dawno zapomniałeś, że takie słowo istnieje. Jesteś zwykłym wielkomiejskim frajerem, który spędza czas na żmudnej papierkowo-komputerowej robocie. Na dodatek masz gburowatego szefa, który nigdy nie jest z ciebie zadowolony, a dodatkowo obarcza cię najgorszymi zadaniami. Nikt cię nie lubi, więc rozmawiasz tylko ze swoimi rybkami (i tak już zdechłymi). Jakby tego było mało, nie masz dziewczyny i pewnie nigdy nie będziesz miał, bo jesteś nieatrakcyjnym, zakompleksionym i spiętym dupkiem. Swój ideał znasz tylko z przelotnego spotkania podczas przerwy śniadaniowej. Więc właściwie jaki jest sens twojej marnej egzystencji?
Znajome? Tak wygląda życie Boba, bohatera filmu He was a quiet man (Spokojny człowiek). Produkcja ta nie była prezentowana w polskich kinach, a jej premiera dvd przeszła trochę niezauważona. Nie jest to może wielkie kino, ale rzecz mimo wszystko warta choć drobnej uwagi.
Frank Capello, główny autor filmu, nie jest reżyserem z pierwszej półki Hollywood (to dopiero jego trzecia produkcja), a do tej pory najbardziej był znany jako scenarzysta Constantine. Nie można jednak odmówić mu talentu i skłonności do kreślenia bardzo ironicznego obrazu współczesnego, miejskiego człowieka. Bardzo trudno zaklasyfikować Spokojnego człowieka – czarna komedia? komediodramat? dramat? Chyba wszystkiego po trochu, jednak mimo, że reżyser (i zarazem scenarzysta) bardzo stara się o proporcjonalne rozłożenia akcentów i nie brak tu momentów humorystycznych, to jednak znacznie więcej w nim czarnego koloru.
Bob (w tej roli zupełnie niepodobny do siebie Christian Slater) jest encyklopedycznym wręcz wzorcem nieudacznika i życiowego frajera, szkolnym i biurowym popychadłem. Jedyne, co trzyma go jeszcze przy życiu, to paradoksalnie chęć skończenia go. Ale wcześniej skończy z kilkoma swoimi najbardziej znienawidzonymi współpracownikami – dla nich ma 5 kul, a ostatni, 6. nabój zachowuje dla siebie. Koniec wieńczy dzieło!
Jednak Bob, na swoje nieszczęście, ciągle się waha. Na wszelki wypadek nosi rewolwer ciągle przy sobie, ale nie jest w stanie przeskoczyć ponad magiczną dla niego barierę załadowania broni. Wciąż ma wątpliwości. I z tych jego wątpliwości wypływa praktycznie cały film, którego jest jedną wielką fantazją Boba. Wyobraża on sobie bowiem, że zostaje przypadkowym bohaterem, który uratował większą część firmy od podobnego sobie szaleńca, po czym jego życie się zmienia. Dostaje awans, nowe biuro, podwyżkę, ma znajomych, imprezuje, budzi zainteresowanie bardzo atrakcyjnych kobiet. Zaczyna również spotykać się z Vanessą (znów Elisha Cuthbert, tym razem wyjątkowo nie jako blondynka!),
sparaliżowaną wskutek biurowego zamachu dziewczyną o twarzy jego ideału z przerwy śniadaniowej. Oczywiście, wizja Boba nie jest idealna i kilka rzeczywistości mu się na siebie nakłada – Vanessa bowiem nigdy w jego firmie nie pracował, więc nie miał też szansy ani jej poznać, ani tym bardziej uratować. Czy jednak można wymagać dokładności od szalonego umysłu?
Po pewnym czasie na tym pozornie pięknym obrazku pojawiają się pierwsze rysy. A raczej, mimo niewątpliwej metamorfozy, Bob wciąż nie jest w stanie siebie zaakceptować. Jego kompleksy szczególnie wyraźne są w relacji z piękną i seksowną Vanessą, o którą dba, ale i której nie potrafi zaufać. W myśl zasady, że frajer pozostaje frajerem, nie umie, nawet w fantazji, uwierzyć, że może być z kobietą; że kobieta może być nim zainteresowana. Przestaje czuć się dobrze w tej sytuacji. I wtedy frajer wraca do punktu wyjścia.
Tylko zamiast sześciu kul, pozostaje mu już tylko jedna. I bardzo wyraźne wspomnienie promiennego, rozjaśniającego świat uśmiechu dziewczyny, która minęła go podczas joggingu. Czasami trzeba poświęcić jednostkę dla dobra ogółu.
Na koniec jeszcze jedno, osobiście bardzo ucieszyło mnie, że ktoś wreszcie pozwolił Elishy Cuthbert na zagranie prawdziwej, trochę bardziej złożonej postaci. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby kolejni reżyserzy także dostrzegli jej umiejętności i skupili się na czymś więcej niż pokazywanie jej (nie przeczę, atrakcyjnego) ciała.
Trailer filmu: