marzec 2008



Fair play. Free Tibet.

Ta notka miała się tu znaleźć już jakiś czas temu, niestety, okazuje się, że praca na drugą zmianę niespecjalnie sprzyja pisaniu (tak naprawdę, to niczemu zresztą nie sprzyja). Ale nie o tym chciałem.

Nie będę wnikał w chronologię wydarzeń, nie wyobrażam sobie bowiem, żeby istniał aktywny uczestnik polskiej blogosfery, który nie słyszałby o tym, co ostatnio dzieje się w okupowanym Tybecie. Na kilka miesięcy przed Igrzyskami Olimpijskimi w Pekinie (mającymi w założeniu być sportowym, ale przecież nie tylko, świętem) dochodzi w tym kraju do aktów ludobójstwa. Nieważne są liczby czy daty, one są tylko metodą przemawiania do zdezorientowanych. Ważne, czy chcemy i możemy coś zrobić.

Temat jest złożony, jakie mamy bowiem metody walki czy chociażby przeciwstawienia się światowemu mocarstwu? Wśród wielu głosów w tej sprawie pojawia się kilka zdecydowanych koncepcji: bojkot igrzysk, bojkot gospodarczy czy choćby bojkot głównych sponsorów zawodów. Czy którakolwiek z nich ma szanse powodzenia?

Najpierw od tej najbardziej kontrowersyjnej – całkowity bojkot sportowej części igrzysk. Historia ruchu olimpijskiego zna już takie przypadki – Moskwa’80 i Los Angeles’84. Poza rozczarowaniem (wiem, że to eufemizm) zawodników, gest taki nie przyniósł praktycznie żadnych politycznych korzyści. Pamiętać trzeba poza tym, że dla zapaśnika, kolarza czy innego kajakarza, jego zawód nie różni się niemal niczym od pracy chociażby urzędnika państwowego. Oczywiście, reprezentuje swój kraj, czuje dumę, gdy widzi powiewającą na maszcie flagę narodową, ale przede wszystkim jego kariera to  sposób na zarabianie pieniędzy. Sportowcy także mają kredyty, kupują domy, muszą utrzymać rodziny. Dla niektórych z nich, igrzyska pekińskie mogą być jedyną okazją do zmierzenia się z najlepszymi w swojej dyscyplinie. Dlaczego więc to właśnie oni mają być bezpośrednim orężem w walce z chińską dyktaturą? Szczególnie, że sam Dalajlama sprzeciwia się takiej formie protestu.

Oczywiście, czym innym bojkot, a czym innym gesty poparcia dla Tybetu (osobiście zresztą wydaje mi się, że popieranie pewnej idei jest znacznie lepszym pomysłem, niż bojkotowanie innej; znacznie lepiej prezentuje się “pozytywny przekaz”).  Mam nadzieję, że władze ruchu olimpijskiego (zarówno tego światowego, jak i lokalnego) opamiętają się i przestaną straszyć dyskwalifikacjami za wyrażanie tego typu poglądów podczas pobytu sportowców w Tybecie. Małe flagi, znaczki, wstążki, kokardki – pomysłów na pewno nie zabraknie. Ważne, aby sygnał był prosty i przejrzysty – nie milczymy w tej sprawie.

A co pozostaje dla nas? Właściwie to samo – należy o tym po prostu mówić.  Mało? Pewnie mało, ale pamiętajmy, w jak dynamiczny sposób zmienia się współczesny świat i jak wielką już ma siłę Internet. Prawdopodobnie, gdyby nie powszechność sieci, wiele zdjęć czy filmów z masakry w Tybecie, nie dotarłaby do tak wielkiej liczby ludzi i nie poruszyłaby tak wielu sumień.

KNO oczywiście decyduje się wesprzeć szlachetną inicjatywę Free Tibet , akcję polskiej blogosfery (i nie tylko), solidaryzującej się z Tybetańczykami. W tej sprawie nie ma prostych rozwiązań, ale jedno jest jasne, nie wolno być obojętnym.

Dajmy znać Tybetowi, że nie jest sam. Pokażmy chińskim decydentom, co myślimy o ich działaniach. Powiedzmy naszym władzom, jakich deklaracji od nich oczekujemy. Pokażmy swoją solidarność.

Free Tibet!

Jeżeli ktoś w ostatnim czasie nie słyszał nic o premierze nowego albumu Nine Inch Nails Ghosts, to najprawdopodobniej musiał być w syberyjskiej wiosce, pozbawionej prądu, ale przede wszystkim Internetu. W nocy 2 marca rozpoczęła się rewolucja. Przyszłość rozgrywa się na naszych oczach.

Trent Reznor postanowił wydać tę płytę własnym sumptem, nie podpisując kontraktu z żadną wytwórnią. Oczywiście, nie jest w tym absolutnym pionierem, bowiem podobny manewr zrobiło Radiohead z albumem In rainbows. Podobny, ale jednak nie ten sam, a jak dobrze wiemy prawie robi zazwyczaj dużą różnicę.

NIN nie tylko udostępnili muzykę do ściągania bezpośrednio ze swojej strony, nie tylko pozwolili wziąć sobie pierwszą część Duchów absolutnie za darmo, ale po paru godzinach, gdy płytka znalazła się w sieci Bittorrent i na Pirate Bay – nic sobie z tego nie zrobili. Po prostu nie mieli nic przeciwko, żeby “dzielić się” muzyką. Od pewnego zresztą czasu Trent na koncertach zachęcał do tego typu “pirackiej” działalności. Szaleństwo? Ale z metodą.

Po pierwsze – było to znakomite posunięcie marketingowe. Przez dobrych kilka dni była to najpopularniejsza wiadomość wykopywana przez użytkowników serwisu digg.com, co oczywiście spowodowało absolutne zapchanie się serwerów grupy. Na szczęście fani są cierpliwi i wytrwale dobijali się do stronki z Duchami, następnie rozsyłając dobrą nowinę reszcie świata. Rewolucja.

Po drugie – jak się okazało już po tygodniu, Trent wcale nie zwariował i chce jeszcze trochę zarobić na muzyce. Nie poddał się po pierwszych, nieudanych eksperymentach z takim sposobem wydawnictw muzycznych, a gdy uderzył z dobrze znaną marką – osiągnął potężny sukces. Poza darmowym fragmentem kompozycji, ze strony można było ściągnąć pełną wersję w mp3 za 5$ (!) oraz kupić Ghosts na cd za jedyne 10$ (!).  Dostępne były również wydawnictwa de-luxe: 75$ za dvd i blue-ray oraz 300$ za limitowaną edycję z winylami, zdjęciami, książką i osobistym podpisem Trenta Reznora. I co się okazało? Po kilku dniach skończył się nakład najdroższej wersji! A po tygodniu NIN zarobili prawie 1,6 mln. dolarów, na niemal 800 tys. transakcji. Rewolucja dzieje się na naszych oczach.

Fani doszli po prostu do wniosku, że jeżeli artysta jest z nimi szczery i otwarty, to warto go docenić. 5 dolarów to symboliczna kwota nawet na polskie warunki, tym bardziej w realiach amerykańskich, dlatego przypuszczam, że nawet ci, którzy ściągnęli album z p2p zdecydowali się później zapłacić Reznorowi. A ci, którym spodobało się preludium do całości, zapragnęli mieć resztę w “normalnej” wersji płytowej. I Trent wygrał.

Wraz z wersją mp3 otrzymujemy “książeczkę” w formacie pdf oraz całą serię innych gadżetów, w postaci chociażby tapet na pulpit. Dodatkowo, ponieważ album został wydany na licencji Creative Commons, każdy ma prawo sobie z niego w dowolny sposób np. samplować – już czekam aż pojawią się fanowskie płyty z remiksami. NIN nie nadali też utworom żadnych tytułów, jedynie je numerując, zachęcając tym samym słuchaczy do własnej twórczej inwencji w nazywaniu poszczególnych fragmentów oraz przygotowywaniu video ilustracji do nich. Trent obiecał, że z najlepszych skomponuje film, na początek w YouTubie, a potem być może do trasy koncertowej.

Reznor osiągnął jeszcze jedną niebagatelną korzyść – zdobył potężną bazę adresów e-mail swoich fanów. Miejmy nadzieję, że zgodnie z jego twierdzeniami, będzie potrafił z nich korzystać w rozsądny sposób.

A muzycznie? Muzycznie Ghosts zasługują na osobną notkę. Już wkrótce.

Na razie zapraszam na oficjalną stronę projektu oraz na krótki fragment płyty:

Dzisiaj nietypowo, bo o trochę innym wymiarze kultury popularnej, znacznie bliższej pojęciu kultury ludycznej. W ostatnich kilku dniach miałem okazję powrócić na chwilę do Irlandii i tak się szczęśliwie złożyło, że akurat trafiłem na Dzień Św. Patryka w Dublinie. Mimo, że nie był to najważniejszy akcent mojego wyjazdu, to i tak dość niecierpliwie wyczekiwałem 17 marca. Oczywiście, na znacznie mniejszą skalę święto to jest obchodzone również poza “szmaragdową wyspą”, ale zobaczenie tej uroczystości w jej oryginalnym środowisku jest naprawdę bezcenne.

Od kiedy mieszkam w Poznaniu, staram się zawsze uczestniczyć w paradzie świętomarcińskiej, mającej miejsce 11 listopada każdego roku. W Polsce to właściwie jedyna tego typu okazja, aby wspólnie coś świętować, z dala od patetycznej i pseudopodniosłej atmosfery poważnej imprezy. Gdybym wierzył, że to coś zmieni, namawiałbym polskich polityków i innych decydentów do wyjazdu do Dublina i zapoznania się z tym, w jak inny sposób można organizować celebrację podobnych dni. Ale wiem, że później i tak mielibyśmy kolejne nudne apele i salwy armatnie.

Poznański św. Marcin jest tutaj chlubnym wyjątkiem; ci, którzy dobrze czuli się pośród ton słodkich rogali powinni koniecznie wybrać się na irlandzkiego św. Patryka. W tym roku paradę oglądało ponad 600 tys. mieszkańców Dublina i specjalnie przybyłych do miasta turystów. Atmosferę świetnej zabawy czuć było już kilka dni wcześniej, ulice zapełniły się bowiem setkami ludzi z zielonymi akcentami w garderobie, z doklejonymi rudymi brodami, w kapeluszach, szalikach i koszulkach w irlandzkich barwach. W dniu parady nie brakowało też zielonych koniczynek na twarzach czy zielonych włosów. Jednym słowem, próżno by szukać tego dnia kogoś niezadowolonego (malkontenci zostali w domach).

Co rzucało się w oczy – Irlandczycy są dumni z tego, że są Irlandczykami. Ich historia, szczególnie ta współczesna, w wielu miejscach zbieżna jest z historią Polski, a jednak podejście do własnej narodowości jest zgoła różne. Irlandczycy cieszą się swoim krajem, ich narodowe symbole są dla nich powodem do prawdziwej radości, a święto narodowe – okazją do wspólnej zabawy. Dzień wolny od pracy spędza się nie przed telewizorem czy na zakupach, ale na rodzinnej wyprawie do centrum miasta i pełnym uśmiechu popołudniu. Ta pozytywna atmosfera udziela się również cudzoziemcom, którzy na ten dzień także przywdziewają flagi w irlandzkich kolorach. Cały Dublin staje się na parę godzin wielokolorowym, szczęśliwym tłumem.


Sama parada przebiega w myśl zasady: “dla każdego coś miłego”. Prezentacja reprezentacyjnych oddziałów wojsk, orkiestry dęte, połykacze ognia, szczudła, kolorowe wstęgi, muzyka i inne podobne akcenty. Nie zabrakło również elementów charakterystycznych dla licznych w Dublinie mniejszości narodowych. Pozornie, nie ma tam nic wyjątkowego, ale wszystko to w połączeniu z niezwykłą wręcz tego dnia otwartością gospodarzy daje bardzo przyjemny efekt. Jest po prostu sympatycznie i byłoby dla nas dużą korzyścią, gdybyśmy nauczyli się czegoś w tym temacie od Irlandczyków.
Zainteresowanych zapraszam jeszcze do trochę bardziej rozbudowanej galerii z mojego wyjazdu.

Nie jestem specjalistą w dziedzinie kryminału, ale od pewnego czasu zacząłem doceniać ten gatunek filmu. Oczywiście, czarne kryminały sprzed lat są klasą same dla siebie, więc nie o nich będzie mowa (a przynajmniej nie dziś).  Tym razem słów kilka o produkcji, która miała być świetną rozrywką na długi wciąż wieczór i skutecznie go zapełnić, a wyszło, jak wyszło.

Sleuth miał wszelkie możliwości, żeby spełnić wymagania dobrego filmu. Po kolei: świetny pierwowzór (pod tym samym tytułem, z 1972 roku, autorstwa Josepha L. Mankiewicza), znakomity scenariusz autorstwa, uwaga, samego Harolda Pintera (a więc laureata Literackiej Nagrody Nobla z 2005 r.), niezłego reżysera (znany miłośnik Szekspira w każdej postaci, Kenneth Branagh) oraz dwójkę wybitnych aktorów – Jude’a Lawa oraz Michaela Caine’a (jako ciekawostkę dodam, że grał również w wersji oryginalnej, tylko oczywiście odtwarzał tam inną postać). Jak się jednak okazało, wszystko to było za mało.

Akcja jest bardzo prosta – doświadczony wiekowo i życiowo bogaty pisarz (Caine) zaprasza do swojej posiadłości młodego i przystojnego aktora (Law), który romansuje z żoną popularnego literata. Każdy rzecz jasna próbuje ugrać coś dla siebie – starszy głównie szuka zemsty, która ma wnieść emocje do jego wyjałowionego już życia, a młodszy walczy o rozwód dla swojej kochanki, a więc o możliwość ich dalszego bycia razem. Brzmi nieźle? Niestety, na tym się kończy.

Film nie jest szczególnie długi, ale niemiłosiernie się dłuży. Oczywiście, można by przyjąć, że to wymogi konwencji, ale wcale to nie działa na jego korzyść. Reżyser założył sobie bowiem, że będzie to de facto teatr telewizji, tylko, że oglądany na większym ekranie. Ci, którzy pomyśleli sobie teraz, że to dobry pomysł, na pewno nie widzieli jeszcze Sleuth. Aktorski pojedynek, na który widzowie ostrzyli sobie zęby okazuje się bowiem pokazem sztuczności i przerysowanej do granic rozsądku gry. Oczywiście, aby utrzymać napięcie, mając do dyspozycji zaledwie dwójkę bohaterów, dodatkowo pojawiających się wyłącznie w ograniczonej i zamkniętej przestrzeni, trzeba być niemal mistrzem reżyserskiego warsztatu. Ale czy to, że Branagh okazał się nim nie być, rozgrzesza go choćby w najmniejszym stopniu?

Zresztą im dalej, tym gorzej. Reżyser raczy coraz to bardziej wymyślnymi ujęciami, z niezwykłą wręcz dbałością skupiając się na zupełnie nieistotnych detalach scenografii i bardzo wyraźnie podkreślając w ten sposób, że to, co widzimy to dekoracja. Taka umowność sprawdza się w prawdziwym teatrze, ale na ekranie kinowym co najmniej dziwi. Kilka sprawnie wyuczonych sztuczek, ale nic poza tym. Twórcza pustka. Kwintesencja stwierdzenia o przeroście formy nad treścią.

Tak naprawdę, do końca nawet nie wiadomo, co jest główną osią pojedynku między bohaterami. Wydawać by się mogło, że chodzi o kobietę, ale w pewnym momencie Branagh przenosi środek ciężkości na, nieumotywowaną niczym, relację homoerotyczną postaci. Zupełnie niezrozumiały zabieg, dla którego nie widzę innego wyjaśnienia, jak tylko dodatkowe i zupełnie niepotrzebne pogmatwanie sytuacji. I oczywiście skonfundowanie najbardziej wytrwałego widza.

Omijać z daleka, chyba, że chcecie przetestować własną cierpliwość.

Tym razem wyjątkowo nie wrzucam trailera filmu, bo mógłby kogoś wprowadzić w błąd. W zamian, promo oryginalnej wersji:

Dzisiaj notka okazjonalna. 2 marca 1942 roku przyszedł na świat ten oto jegomość:

Lou Reed, ikona i symbol Nowego Jorku, związany z tym miastem praktycznie przez całą swoją karierę, a nawet życie, bo urodził się na swoim ukochanym Brooklynie. Właściwie cokolwiek by o nim nie napisać, to i tak będzie za mało.

Zanim stał  się kwintesencją nowojorskiego intelektualisty,  próbował swoich sił w kilku lokalnych zespołach. Po spotkaniu Johna Cale’a i kilku personalnych zawirowaniach, powstało The Velvet Underground. Już pierwszy miesiąc ich działalności przyniósł im nawiązanie kontaktu z Andym Warholem i dołączenie do jego słynnej Fabryki. Nagrywali muzykę do jego filmów, pokazów fotografii i inych multimedialnych projektów, a Warhol, po dokooptowaniu do składu Nico, wyprodukował (przynajmniej oficjalnie) ich najsłynniejszy album, znany pod bardzo oczywistym tytułem The Velvet Underground & Nico. Płyta, co nie powinno dziwić, nie stała się wówczas komercyjnym sukcesem; nie to jest jednak ważne z dzisiejszej perspektywy. Te 11debiutanckich utworów okazało się bowiem być jednymi z najważniejszych w historii muzyki 2. połowy XX wieku. I jednymi z najbardziej wpływowych, nawet teraz.

Reed śpiewał, grał na gitarze i pisał większość tekstów. Sceniczny wizerunek zespołu był szokujący nawet dla liberalnego środowiska Nowego Jorku. Lou nie ukrywał ani swoich tendencji do narkotykowych ciągów, ani biseksualizmu (z którego zresztą był “leczony” elektrowstrząsami). Jego piosenki opowiadały więc o dealerach, dziwkach, drag-queens itd. W warstwie muzycznej grupę cechowało połączenie delikatnej piosenkowości z psychodelicznymi eksperymentami. Charakterystyczny, chropowaty wokal Reeda sąsiadował to z monotonną linią basu, to znów cukierkowato słodkimi klawiszami. Gatunkowo stali pomiędzy awangardowym rockiem a początkami punka  (zwanego także protopunkiem). Byli jednymi z największych reformatorów rock’n'rolla tamtych czasów.

Od 1972 roku Reed kontynuuje karierę solową. Na Wyspach Brytyjskich poznaje Davida Bowiego i wspólnie przygotowują album Transformer, który po raz pierwszy przynosi Lou sukces finansowy (głównie dzięki utworowi Walk on the wild side, opowiadającemu historię podrózy transseksualnej prosytutki z Los Angeles do Nowego Jorku).  Na tej płycie ujawniają się też glamrockowe ciągotki artysty.

To nie miał być hołd, ani biografia, więc kończąc ten wątek dodam tylko, że muzyk jest kreatywny aż dotąd, by wspomnieć tylko jego album Ecstasy z 2000 roku, nagrany z inną nowojorską legendą, Laurie Anderson.

Gdybym mógł wybrać swoje miejsce na świecie, prawdopodobnie byłby to Nowy Jork, miasto kontrastów, ale i wielkich możliwości; miasto dudniące muzyką, będące zawsze awangardą sztuki i kultury. Jeżeli dzisiaj widzimy NY właśnie w ten sposób, to w dużym stopniu właśnie dzięki Lou. Więc happy birthday Mr Reed!

A to jeden z moich ulubionych utworów dzisiejszego bohatera (ciekawe kto z was wie, że tekst opowiada o heroinie?):

P.S. Także wczoraj swoje urodziny miała Anita z Zielonej Wyspy. I w tym miejscu dla niej również – Happy birthday!

Budzisz się rano i już wiesz, że ten dzień nie przyniesie ci nic nowego. Pójdziesz do pracy, która nikomu nie jest do niczego potrzebna. Spełnienie? Już dawno zapomniałeś, że takie słowo istnieje. Jesteś zwykłym wielkomiejskim frajerem, który spędza czas na żmudnej papierkowo-komputerowej robocie. Na dodatek masz gburowatego szefa, który nigdy nie jest z ciebie zadowolony, a dodatkowo obarcza cię najgorszymi zadaniami. Nikt cię nie lubi, więc rozmawiasz tylko ze swoimi rybkami (i tak już zdechłymi). Jakby tego było mało, nie masz dziewczyny i pewnie nigdy nie będziesz miał, bo jesteś nieatrakcyjnym, zakompleksionym i spiętym dupkiem. Swój ideał znasz tylko z przelotnego spotkania podczas przerwy śniadaniowej. Więc właściwie jaki jest sens twojej marnej egzystencji?

Znajome? Tak wygląda życie Boba, bohatera filmu He was a quiet man (Spokojny człowiek).  Produkcja ta nie była prezentowana w polskich kinach, a jej premiera dvd przeszła trochę niezauważona. Nie jest to może wielkie kino, ale rzecz mimo wszystko warta choć drobnej uwagi.

Frank Capello, główny autor filmu, nie jest reżyserem z pierwszej półki Hollywood (to dopiero jego trzecia produkcja), a do tej pory najbardziej był znany jako scenarzysta Constantine. Nie można jednak odmówić mu talentu i skłonności do kreślenia bardzo ironicznego obrazu współczesnego, miejskiego człowieka. Bardzo trudno zaklasyfikować Spokojnego człowieka – czarna komedia? komediodramat? dramat? Chyba wszystkiego po trochu, jednak mimo, że reżyser (i zarazem scenarzysta) bardzo stara się o proporcjonalne rozłożenia akcentów i nie brak tu momentów humorystycznych, to jednak znacznie więcej w nim czarnego koloru.

Bob (w tej roli zupełnie niepodobny do siebie Christian Slater) jest encyklopedycznym wręcz wzorcem nieudacznika i życiowego frajera, szkolnym i biurowym popychadłem. Jedyne, co trzyma go jeszcze przy życiu, to paradoksalnie chęć skończenia go. Ale wcześniej skończy z kilkoma swoimi najbardziej znienawidzonymi współpracownikami – dla nich ma 5 kul, a ostatni, 6. nabój zachowuje dla siebie. Koniec wieńczy dzieło!

Jednak Bob, na swoje nieszczęście, ciągle się waha. Na wszelki wypadek nosi rewolwer ciągle przy sobie, ale nie jest w stanie przeskoczyć ponad magiczną dla niego barierę załadowania broni. Wciąż ma wątpliwości. I z tych jego wątpliwości wypływa praktycznie cały film, którego jest jedną wielką fantazją Boba. Wyobraża on sobie bowiem, że zostaje przypadkowym bohaterem, który uratował większą część firmy od podobnego sobie szaleńca, po czym jego życie się zmienia. Dostaje awans, nowe biuro, podwyżkę, ma znajomych, imprezuje, budzi zainteresowanie bardzo atrakcyjnych kobiet. Zaczyna również spotykać się z Vanessą (znów Elisha Cuthbert, tym razem wyjątkowo nie jako blondynka!), sparaliżowaną wskutek biurowego zamachu dziewczyną o twarzy jego ideału z przerwy śniadaniowej. Oczywiście, wizja Boba nie jest idealna i kilka rzeczywistości mu się na siebie nakłada – Vanessa bowiem nigdy w jego firmie nie pracował, więc nie miał też szansy ani jej poznać, ani tym bardziej uratować. Czy jednak można wymagać dokładności od szalonego umysłu?

Po pewnym czasie na tym pozornie pięknym obrazku pojawiają się pierwsze rysy. A raczej, mimo niewątpliwej metamorfozy, Bob wciąż nie jest w stanie siebie zaakceptować. Jego kompleksy szczególnie wyraźne są w relacji z piękną i seksowną Vanessą, o którą dba, ale i której nie potrafi zaufać. W myśl zasady, że frajer pozostaje frajerem, nie umie, nawet w fantazji, uwierzyć, że może być z kobietą; że kobieta może być nim zainteresowana. Przestaje czuć się dobrze w tej sytuacji. I wtedy frajer wraca do punktu wyjścia.

Tylko zamiast  sześciu kul, pozostaje mu już tylko jedna. I bardzo wyraźne wspomnienie promiennego, rozjaśniającego świat uśmiechu dziewczyny, która minęła go podczas joggingu. Czasami trzeba poświęcić jednostkę dla dobra ogółu.

Na koniec jeszcze jedno, osobiście bardzo ucieszyło mnie, że ktoś wreszcie pozwolił Elishy Cuthbert na zagranie prawdziwej, trochę bardziej złożonej postaci. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby kolejni reżyserzy także dostrzegli jej umiejętności i skupili się na czymś więcej niż pokazywanie jej (nie przeczę, atrakcyjnego) ciała.

Trailer filmu: