KNO stara się być na bieżąco, dlatego dziś po prostu nie mogło być notki na inny temat.
Tym razem zamiast wstępu, niech przemówi muzyka:
Kiedy we wtorek wieczorem przeczytałem tę informację, najpierw pomyślałem, że to dowcip i na wszelki wypadek sprawdziłem w kalendarzu, czy to przypadkiem nie 1. kwietnia. Po chwili, gdy dotarło do mnie, że to oficjalna wiadomość, zacząłem się zastanawiać, czy cieszyć się, czy raczej płakać. O czym mowa? Podczas tegorocznego festiwalu Opener w Gdyni wystąpi legendarna grupa Sex Pistols.
Pierwsza wątpliwość – czy to na pewno Sex Pistols? Mam na myśli, czy to na pewno “prawdziwe” Sex Pistols? Już nawet nie chodzi mi to, że Sid Vicious od dawna smaży się w piekle. Ale przecież w obecnym składzie nie ma też Johnniego Rottena, najbardziej rozpoznawalnej twarzy zespołu (chociaż z ostatnich doniesień wynika, że może to się zmienić). Tak, pamiętam, że jakiś wyjątkowo podły i podrzędny impresario reaktywował The Doors (i na pewno Jim Morrison nie puści mu tego płazem po tamtej stronie), ale przynajmniej wiadomo, że w tym przypadku chodziło o kasę. I to, że sprzedali się rock’n'rollowcy. Ale ikona punk-rocka? A co z I wanna be anarchy?
Od razu wyjaśniam, że nigdy nie miałem anarchistycznych ani lewicowych ciągotek, w związku z czym ominął mnie młodzieńczy etap fascynacji punkiem. A jednak doceniam bardzo wkład Sex Pistols w historię współczesnej muzyki rozrywkowej, mimo, że grupa istniała raptem 26 miesięcy (przed reaktywacją) i wydała tylko jeden album. Never mind the bollocks, here’s the Sex Pistols zajmuje jedno z honorowych miejsc na mojej półce z płytami; i chociaż jej wydania minęło przeszło 30 lat, to i tak słucha się tego świeżo. Oczywiście, z dużym przymrużeniem oka, ale naprawdę, nie sposób nie zauważyć ożywczego pędu wiatru, jaki chłopaki wnieśli w skostniały już wówczas świat muzycznej Wielkiej Brytanii.
Nieważne, że byli oni de facto pierwszym boysbandem, umiejętnie skrojonym przez obrotnego managera. Nieważne, że niektóre ich występki, nawet jak na rock’n'roll, były wstrząsające (znów kłania się historia Sida). Ale byli gośćmi.
Zdaję sobie sprawę, że legenda ich nazwy na pewno zadziała na wielu i openerowy namiot z małą sceną będzie podczas ich koncertu pękał w szwach. A jednak myślę o tym wydarzeniu z mieszanymi uczuciami. Tak, jak w zeszłym roku czekałem na występy innych legend – Sonic Youth i Beastie Boys – tak tym razem jest inaczej, chociaż Sex Pistols to jeszcze wyższa półka. Ale mamy rok 2008, a chłopaki powinni już raczej dołączyć do Sida bądź pławić się w luksusach (tak Johnnie, nie zrozumieliśmy do końca, o co chodzi w twoich tekstach; a może to ty nie zrozumiałeś?), niż mamić fanów obietnicą scenicznej anarchii. Bo właściwie to o co im chodzi?
Tak naprawdę jednak to chciałbym się pomylić i napisać tutaj 7 lipca, że Sex Pistols nie umarli i dali radę.
28 luty, 2008 at 2:05
[...] tę gazetkę: tu brak abolicji, tam Euro2012 i Opener (w tym roku ma być Sex Pistols – choć Marcin twierdzi, że ich nie ma… ja się nie znam, ale mu wierzę). Jakoś tak nic mnie za bardzo nie interesuje, może ja [...]
28 luty, 2008 at 2:07
pozwoliłem sobie linknąć tutaj :-)
http://mikowhy.nazwa.pl/wp_/?p=25
Widzę, że WP robi furorę :-)