Zakończony całkiem niedawno strajk scenarzystów w Hollywood i na Broadway’u ogołocił potężnie producenckie kieszenie, mówi się nawet o kwocie 2 miliardów dolarów. Nie martwi mnie jednak wcale to, że bogaci stali się trochę mniej bogaci, tylko wpływ tych zdarzeń na najbliższe miesiące w amerykańskich stacjach telewizyjnych. Najwięksi gracze na rynku już w tej chwili zapowiadają, że będą zmuszeni poważnie ograniczyć budżety przynajmniej niektórych produkcji. Oznaczać to może prawdopodobnie jeszcze większą posuchę, niż w ciągu niemal dwóch miesięcy strajku.
Dlaczego ten długi wstęp? Fani wiedzą na pewno, że okres poświąteczny to często dobry moment na premiery nowych seriali w USA. W tym sezonie było zupełnie inaczej, bowiem stacje z prawdziwym namaszczeniem dawkowały widzom resztki cotygodniowego dania. Było tego na tyle mało, że właściwie można było zapomnieć o deserze. Szczęśliwie, pojawiła się jednak mała wisienka.
Terminator: The Sarah Connor Chronicles rozgrywa się chronologicznie w tym samym czasie, co kinowy Terminator 3, jest jednak alternatywną wersją przedstawionych tam wydarzeń. Śledzimy losy młodego Johna Connora, próbującego powstrzymać Skynet, jeszcze przed jego faktycznym powstaniem. Pomaga im w tym przysłany przez Johna z przyszłości robot, którym – o dziwo – jest młoda i ładna dziewczyna. Jednakże pierwszoplanową postacią jest tym razem Sarah, matka Johna, bowiem jak mówi hasło reklamowe serialu: “Everything he is, everything he will be, depends on her“.
Ze wspomnianej trójki zdecydowanie najlepsze wrażenie sprawia właśnie Sarah, do czego w dużej mierze przyczyniła się odtwarzająca ją Lena Headey. Ta znakomita brytyjska aktorka w ostatnim czasie najlepiej pamiętana jest z roli królowej Gorgo w 300 Zacka Snydera (swoją drogą, ten film zasługuje na osobną, długą notkę). Co prawda w T:TSCC nie ma zbyt wiele do grania, a większość okazywanych przez postać emocji ogranicza się wyłącznie do matczynej troski o syna, ale mimo wszystko Headey świetnie czuje się w roli twardej i silnej kobiety, niepozbawionej jednak uczuć.
Niewiele zastrzeżeń można mieć również do Summer Glau, czyli terminatorki Cameron. Jest po prostu zimna i mechaniczna, jak na robota przystało, a że przy okazji całkiem nieźle wygląda, trudno wymagać od niej czegoś więcej w tej roli. Znacznie gorzej jest niestety z postacią Johna, bowiem odtwarzający go Thomas Dekker jest wyjątkowo drewniany, nawet jak na mało doświadczonego aktora. Bardzo trudno przez to uwierzyć, że oto mamy przed sobą bohatera, który ocali świat.
Sama akcja, jak i efekty specjalne są na dosyć niezłym, telewizyjnym poziomie. Moja ogólna ocena jest mimo wszystko powyżej średniej, choć najpewniej duży wpływ na to ma fakt, że to właściwie jedyna godna uwagi premiera sezonu 2008 (daję jeszcze szansę Breaking bad, ale o tym przy innej okazji). Mimo, że wyemitowano dopiero 7, z zapowiadanych 12 odcinków pierwszego sezonu, znane dotąd wyniki oglądalności pozwalają przypuszczać, że doczekamy się kontynuacji serii.
Z pewnością nie jest to hit poniedziałkowego pasma na miarę Prison break, ale to i tak niezła rozrywka. W sam raz na długi wieczór. Więc: “Take back the future”.
Krótki trailer: