Dziękuję, lepiej. Wróciłem do w miarę regularnego oglądania, a statystycznie rzecz biorąc - im więcej obejrzę, tym większa szansa, że trafię na jakiegoś gniota. No to dzisiaj sobie poużywam, za co wszystkich nadwrażliwych przepraszam. Z góry ostrzegam, KNO będzie bardzo na ostro.

Tym razem obeszło się bez specjalnych oczekiwań, to miał być po prostu przyjemny wypełniacz wieczoru, z choćby minimalną dawką emocji i w miarę wartką akcją. Czyli w sumie tylko i aż tyle, na co można liczyć zasiadając do seansu nieszczególnie wysokobudżetowego kina sensacyjnego. Nazwisko reżysera mi co prawda niewiele mówiło, ale za to jaka obsada! Dennis Quaid, Matthew Fox, Forest Whitaker, William Hurt, no i Sigourney Weaver. Powinno wystarczyć? Powinno, ale nie wystarczyło.

Vantage point kreatywny polski tłumacz przełożył jako 8 części prawdy. Pal licho, nawet się nie czepiam, filmu nie uratowałby nawet tytuł w rodzaju Eternal sunshine of the spotless mind/Zakochany bez pamięci. Koncept wydaje się całkiem sensowny. W Hiszpanii ma miejsce antyterrorystyczny szczyt, na który przyjeżdża prezydent wszechpanującej nam Ameryki (Hurt). Oczywiście, terroryści nie zamierzają się poddać i w trakcie głównych uroczystości, na placu pełnym ludzi dokonują zamachu na głowę państwa. Jest im o tyle łatwiej, że mają wtyczkę w prezydenckiej ochronie (Fox, czyli Jack z serialu Lost). Mamy również “dobrego policjanta”, czyli oddanego sprawie, jak co najmniej John McClaine, osobistego ochroniarza (Quaid). Pojawia się również amerykański turysta (Whitaker), który wszystko filmuje amatorską kamerą cyfrową. A teraz to, co miało być najważniejsze - wydarzenie to widz ogląda z perspektywy każdego z bohaterów, co jakoby ma się przyczynić do ukazania zawiłości tych zdarzeń, a równocześnie ma przybliżyć odbiorcę do “prawdy”. Czyli w skrócie, miał to być taki Rashomon dla ubogich.

Pomysł nie był zły, ale z wykonaniem już znacznie gorzej. Przede wszystkim zawiódł reżyser, który wyłożył się warsztatowo. Utrzymanie uwagi widza przy takiej konwencji jest trudnym zadaniem, nie wystarczą dobre chęci, szczególnie jeśli oglądane na ekranie wydarzenia są, delikatnie mówiąc, mało wciągające. Jak się domyślam, ambitne założenie było takie, że każda kolejna perspektywa miała odsłaniać nowe zawiłości intrygi. Niestety, średnio rozgarnięty gimnazjalista wpada na trop najdalej przy “drugiej części prawdy”, w związku z czym koncept upada. A do końca filmu daleko. Niestety, trudno skupić uwagę na czymkolwiek innym, jeżeli odpada najważniejszy dla tego rodzaju kina, element zaskoczenia.

O błędach logicznych nawet nie piszę, bo nie będę się znęcał. Za to muszę pochwalić montażystów, szczególnie za całkiem niezłą scenę pościgu samochodowego. Żeby jednak nie było za dobrze, jakiś geniusz popsuł ją zupełnie odrealnionym fragmentem potężnej kraksy, z której bohater wychodzi zupełnie bez szwanku (a pojazd do kasacji). Ok, wiem, że to kino rozrywkowego, ale to przecież nie Terminator!

Do gry aktorów przyczepić się nie można, no może Fox jest trochę drewniany, ale nieprzesadnie; można go przełknąć, a dla fanów Lost to pewnie ważny argument dla kupienia biletu. Powiem jednak więcej - po co do tak papierowych ról zatrudniano znakomitości w stylu Hurta czy Weaver (to już zupełne kuriozum, miała tyle do grania, że gdyby zastąpiła ją Kinga Rusin, nikt by nie zauważył). Najbardziej szkoda mi było biednego Whitakera, który męczył się niemiłosiernie, szczególnie w scenie telefonicznego godzenia się z małżonką. Wyglądał, jakby zgrzytał zębami ze złości, a ja razem z nim.

A na finał, reżyser zafundował nam wszystkich sztuczkę pod dobrze znanym tytułem: mam dużo wątków, które biegną w różnych kierunkach, więc jednym ruchem je połączę. Widać zapatrzył się na pseudoartystyczne produkcje w rodzaju Crash albo Babel i zapragnął być równie postmodernistyczny (?). Efektu nawet nie ośmielę się komentować. Napiszę tylko, że wprost nie wierzyłem, że naprawdę widzę to, co widziałem. Absurd i zatrważający brak logiki poszatkowany hiperpatetycznym amerykańskim patriotyzmem. Ble.

Polecam tylko najbardziej wytrwałym miłośnikom kina klasy B.

Pst, to znowu ja. Dawno mnie nie było i nie pisałem, nie mam usprawiedliwienia. Co prawda, Mikowhy twierdzi, że pisze się wtedy, kiedy się chce (i trudno się z nim nie zgodzić), ale tenże sam Mikowhy równocześnie na tyle mnie chwali, że aż wstyd nie zmobilizować się do kolejnego wpisu. A dzisiaj czeka mnie historyczny moment, bowiem pierwszy raz w KNO porwę się na “recenzję” książki. I to nie byle jakiej, tylko zacznę od razu z wysokiego C.

KNO z dumą prezentuje Drogę Cormaca McCarthy’ego.

McCarthy nie jest w Polsce szczególnie rozpoznawalny, za to w rodzimej Ameryce uważa się go za autora równego Pynchonowi i Rothowi, a wręcz za następcę Faulknera. Wielkie nazwiska, ale autor Drogi wcale nie robi przy nich za biedniejszego brata. Nad Wisłą o McCarthym zrobiło się głośniej dopiero przy okazji premiery filmów, które powstały na podstawie jego powieści, najpierw były to Rącze konie, a później oczywiście To nie jest kraj dla starych ludzi. I wreszcie pojawiła się Droga, wielki amerykański bestseller, doceniony również w kręgu krytyki literackiej, otrzymał bowiem Nagrodę Pulitzera oraz The Tait Black Memorial Prize. I wszystko jak najbardziej zasłużenie.

W pewnym sensie powieść ta wpisuje się w nurt powszechny ostatnio w kulturze popularnej - apokalipsa i jej następstwa. Sukcesy kasowe nie tak dawno odnosił w kinach film Jestem legendą, jeszcze nowsza jest produkcja pod tytułem Doomsday, a wspominam przecież tylko kilka przykładów z tego roku. Tak naprawdę motyw ten zakorzenił się w tradycji kulturowej w okolicach lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, a związane to było w znacznym stopniu z zimną wojną i wszechobecnym zagrożeniem nuklearnym. Rzecz jasna, wspomniany nurt eksploatowany jest w dwóch kierunkach - po pierwsze dla czysto rozrywkowych widowisk z wybuchami i innymi podobnymi atrakcjami, a po drugie - dla dzieł, w których postapokaliptyczna otoczka jest tylko pretekstem do rozważań nad kondycją moralną ludzkości. Droga w bardzo wprawny sposób łączy te dwie ścieżki (by nie napisać - drogi).

Już to pisałem przy okazji innych recenzji, ale muszę się powtórzyć - powieść McCarthy’ego jest multigatunkowa. I nie znaczy to w tym przypadku wcale jakiegoś bezmyślnego mieszania styli, wręcz przeciwnie - proporcje są wymierzone z iście aptekarską precyzją.  Mamy tu więc coś z horroru, thrillera, dramatu, no i w dużym stopniu, jednak bardzo mrocznego moralitetu. A wszystko to na tle prostej historii, niemal tak prostej jak ta z filmu Davida Lyncha.

Świat umiera albo już prawie umarł, tyle wiemy. Poza tym wiemy jeszcze tylko, że ojciec i syn podróżują, a raczej uciekają na południe przed zimą. I właściwie w tym zdaniu mógłbym zmieścić całą akcję książki. Nie znamy imion bohaterów, miejsca, które mijają nie mają nazw, domyślać się można jedynie, że to Ameryka.  Nie ma to jednak znaczenia, mogłoby to być zniszczone chemicznym deszczem dorzecze Amazonki, wydźwięk byłby równie depresyjny. Bo to, co uderza (dosłownie) od pierwszych stron powieści, to wszechobecny i wszechogarniający obraz nieuchronnej tragedii. Nie ma wątpliwości, że wyprawa nie ma prawa się udać, zatem ciężar czytelniczego zainteresowania przesuwa się w inną stronę. A co jeśli Droga w istocie mówi o “naszym” świecie?

Taki trop interpretacji podsuwa też Jacek Dukaj w krótkiej notce na okładce książki. Coś w tym jest, bo ile łatwiej byłoby docenić dzisiejszą szarą rzeczywistość, gdybyśmy wiedzieli, że w przyszłości czeka nas tylko z góry skazana na porażka walka o przetrwanie? W “tamtym” świecie nie ma ani radości ani miłości, jedynym uczuciem, jakie wydało się pozostać jest ojcowska troska o syna. Ale to marna pociecha, skoro nie ma przyszłości. Szczęściem powinna być w zasadzie każda przeżyta godzina, szczególnie jeśli udało się uciec grupie leśnych kanibali czy innych bezwzględnych włóczęgów. Tylko, że jutro przyjdą następni. Chwile pozornego spokoju i wytchnienia przynosi jedynie moment odkrycia nowych źródeł pożywienia. Do tego poziomu sprowadzony zostaje człowiek (?) w tamtym świecie (?) - polującego zwierzęcia.

Droga to raptem niewiele ponad 250 stron. Jest to jednak tak skondensowana dawka przejmującego smutku i depresji, że nie polecam dawkować jej w dużych ilościach. McCarthy okazuje się tu prawdziwym mistrzem słowa. Język jest szalenie prosty, oszczędny, a przez to bije jeszcze mocniej. Tnie precyzyjnie, aż do krwi ostatniej, bohatera i czytelnika. Słów jest zawsze dokładnie tyle, ile być powinno. Dialogi ograniczone do niezbędnego minimum. Czasem nie ma ich wcale.

To długa i wyboista droga w dół. A gdy się potkniesz, nikt nie poda ci ręki. Bo nie ma już nikogo.

Na początek mała spowiedź, muszę się publicznie przyznać do grzechu. W ostatnich kilku tygodniach nie obejrzałem żadnego filmu! Na swoje wytłumaczenie mam tylko tyle, że po długim czasie powróciłem do Battlestar Galactiki i zostałem leciutko pochłonięty. Dodatkowo, według przyjętego przeze mnie skomplikowanego algorytmu, wychodziło, że dziś powinna pojawić się notka filmowa. Na szczęście mam do nadrobienia zaległości z dwóch produkcji, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie i wręcz domagają się wpisu. KNO prezentuje Control Antona Corbijna.

Nawet nie będę się silił na obiektywizm, bowiem Ian Curtis odegrał zbyt dużą rolą w moim muzycznym życiu, żebym mógł to ukryć. Nie przesadzę, jeśli przyznam, że twórczość Joy Division w dużym stopniu ukształtowała moją wrażliwość na dźwięki. Do dziś pamiętam dreszcze przechodzące mnie po pierwszym przesłuchaniu Unknown pleasures. Still to jeden z pierwszych albumów, jakie zakupiłem na CD. Curtis to ktoś więcej niż tylko wokalista rockowego zespołu, ale nie odważyłbym się określić go mianem idola. Z tych wszystkich względów, moje oczekiwania co do Control były ogromne. I, o dziwo, zostały spełnione.

Na pewno wielka w tym zasługa reżysera, holenderskiego fotografika, znanego również z kręcenia teledysków dla Depeche Mode, Nirvany czy Metalliki oraz filmów muzycznych o U2 oraz R.E.M. Jego warsztatowe doświadczenie odcisnęło swoje wyraźne piętno przede wszystkim na klimacie filmu. Znakomitym pomysłem było zrobienie obrazu w czarno-białej tonacji, przywodzącej na myśl szare czasy przemysłowego Manchesteru przełomu lat 70. i 80. Zdjęcia są na tyle wysmakowane, że z powodzeniem mogłyby “udawać” prawdziwe zdjęcia zespołu w oryginalnych sceneriach. Wręcz czujemy podduszającą i przygniatającą atmosferę osaczającego miasta, miasta wysysającego z wchodzących dopiero w życie najmniejsze oznaki radości. Depresja bohaterów filmu przeszywa widza na wylot. Chapeu bas!

Drugim kluczem do sukcesu był odtwórca głównej roli, Sam Riley, szerzej znany dotąd tylko z filmu 24 hour party people. Zresztą stwierdzenie odtwórca nie jest w tym przypadku najbardziej trafne, Riley wręcz sprawia wrażenie, że stał się Curtisem. Uderza ich fizyczne podobieństwo, zbliżona tonacja głosu oraz zegarmistrzowsko precyzyjne oddanie ruchów muzyka. Kiedy po zakończonym seansie Control szukałem zapisów koncertów Joy Division uderzyło mnie, jak bardzo bliski Curtisowi stał się Riley. Przerażająco bliski, szczególnie, gdy przypomnimy sobie tragiczny koniec życia Iana. Tu zresztą kolejny plus, bowiem bardzo obawiałem się taniego sentymentalizmu tej sceny, tymczasem Corbijn pokazał ją w niezwykle stonowany sposób. Szalenie sugestywny, ale równocześnie nie epatujący niepotrzebnym emocjonalnym kiczem.

Wreszcie, last but not least, muzyka. Ale czy jest sens pisać o muzyce Joy Division? To trochę tak, jakby tańczyć o architekturze. Jeśli ktoś ma odwagę wystawić swoje serce na atak najbardziej mrocznych dźwięków w historii świata, jeśli potrafi dopuścić do siebie serię przerażająco szczerych słów wrażliwego młodzieńca, niech zaryzykuje wejście w ten świat. Ja na ten temat zamilczę.

Curtis jawi się tutaj nie jako postać z niedostępnego piedestału artystów, lecz jest przede wszystkim zagubionym w rzeczywistości, pochłoniętym muzycznymi ambicjami nadwrażliwcem, który dopiero wchodził w dorosłość, cały czas balansując na granicy upadku w mroczne czeluści. Jego stan dodatkowo pogłębiały ciągłe ataki epilepsji i postępujące załamanie nerwowe. Zagubiony w związku z równie młodą żoną, szukający ucieczki w romansie z fanką, złamał się ostatecznie 18 maja 1980 roku. Po 28 niemal latach Control oddaje nam prawdziwego Iana. Niegdyś zwykło się to określać “prawdą ekranu”. Arcydzieło.

Dziś w części muzycznej jeden z pierwszych telewizyjnych występów Joy Division:

Znowu będę chwalił, aż sam siebie nie poznaję i sam się sobie dziwię. Ale czy to moja wina, że trafiam ostatnio na tak dużo dobrego, a już szczególnie muzycznie? Chciałbym obiecać, że następnym razem sobie poużywam i podręczę kogoś, ale za parę dni premiera nowego albumu Portishead Third. Oj, będzie się działo. Ale dzisiaj bohaterem będzie, ladies and gentlemen, Lao Che.

Po świetnie przyjętych płytach Gusła oraz, przede wszystkim, Powstanie Warszawskie, oczekiwania publiczności były ogromne. Nadzieje zostały dodatkowe pobudzone świetną radiową “zajawką” longplaya. I wreszcie 25 lutego nastąpił Wielki Dzień, światło dzienne ujrzał album Gospel. Co prawda dopiero kwiecień, ale nie mam wątpliwości, że będzie to jedno z najważniejszych (najważniejsze?) wydawnictw całego roku, a może nawet ostatnich lat.

Mądrzy krytycy muzyczni lubią określać Lao Che mianem grupy crossoverowej, co samo w sobie znaczy tyle, że trudno znaleźć jednoznaczne określenie na styl ich grania. Nie, tym razem wyjątkowo nie silę się na złośliwość, bowiem jakiekolwiek próby kategoryzowania tej muzyki muszą zakończyć się kompromitacją. Zamiast tego zatem, tylko garść moich wrażeń.

Gospel może, o dziwo, spodobać się zarówno dotychczasowym zagorzałym fanom zespołu, jak i tym, którzy z ich twórczością nie mieli dotąd najmniejszego kontaktu. Powiedzieć, że płyta jest różna od wcześniejszych produkcji płockiej formacji, to właściwie nic nie powiedzieć. Gdyby wspomnieć jeszcze parahiphopowy projekt Koli, można by nawet pomyśleć, że to zupełnie inni ludzie. I muzycznie, chyba tak właśnie jest, co nie oznacza, że nie znajdziemy punktów wspólnych. Energia, to słowo klucz; ci, którzy byli kiedyś na ich koncercie, wiedzą o czym mówię. Energia i specyficznie pojęta siła (tu mała dygresja, bowiem niektórzy rzeczywiście specyficznie pojmują tę siłę, otóż zdarzyło mi się na jednym z występów spotkać grupkę kojarzącą się ze “sceną narodową” zamawiającą pięć piw, sąsiadującą z miłośnikami idei alterglobalizmu; jedni i drudzy sobie nie przeszkadzali).

Gospel jest też świetną ilustracją do stwierdzenia o podwójnej naturze dzieła - z jednej strony to po prostu porcja dobrych, rock’n'rollowe piosenek, które mogą sprawdzić się nawet w komercyjnej stacji radiowej. Ale poza niezłym graniem, mamy tu też garść znakomitego tekściarstwa w naprawdę świetnej formie. To nie byle jakie blubranie “o kwiatach”, ani przeintelektualizowane poetyckie mądrości o życiu i śmierci; to często proste słowa, ale znowu mające niesamowitą siłę rażenia, z mnóstwem nawiązań kulturowych, ale nie przeładowanych nimi. Gdyby ktoś z Sevre potrzebował wzoru dobrej piosenki, zapraszam po najnowsze wydawnictwo sygnowane nazwą Lao Che.

Nie przynudzając dalej, polecam jeszcze uwadze występy na żywo najbardziej znanych (obok Orlenu) symboli miasta Płock (które niniejszym pozdrawiam :) Już wiem, że w najbliższych paru miesiącach zobaczę ich aż dwukrotnie, najpierw w maju na dziedzińcu poznańskiego Zamku, a później już w realiach openerowych (a więc całkiem przy okazji dzisiejsza notka jest też prezentacją kolejnej gwiazdy Heineken Music ;) Jeśli ktoś będzie miał okazję, na pewno nie pożałuje.

Na koniec tradycyjnie coś na wyrobienie smaku, fragment koncertu w gdyńskim klubie Ucho:

Jak widać po ostatniej notce, czasami lepiej nie wychodzić przed szereg i się zbytnio nie spieszyć. Mam jednak nadzieję, że wyczerpałem na pewien czas zasoby blogowego pecha i tym razem nie wywróżę czegoś złego. A bardzo bym tego nie chciał, bowiem już w czwartek premiera 6 sezonu mojego kolejnego ulubionego serialu, pod krótkim i wymownym tytułem - Monk.

Ten osobnik na zdjęciu obok to właśnie główny bohater serii, detektyw Adrian Monk. Ale napisać o nim detektyw, to jeszcze mało. Znacznie bliżej prawdy będę pisząc - genialny detektyw albo lepiej - genialny detektyw z rozwiniętą paranoją. Monk nie jest zresztą klasycznym serialem kryminalnym, najlepszym przykładem na to niech będzie fakt, że zdarza mu się dostawać nagrody w kategoriach komediowych. Ale też przecież ostatnio największą popularnością cieszą się właśnie produkcje, które z lekkością wykraczają poza sztywne ramy gatunkowe. Bez wątpienia, pojęcie “kina gatunków” ma w telewizji coraz mniejsze zastosowanie.

Monk łączy w sobie cechy najlepszych śledczych świata (ze słynnym Sherlockiem Holmesem na czele) z postaciami ze slapstickowych komedii oraz bohaterami komedii w stylu Depresji gangstera. Jego znakiem rozpoznawczym nie stał się jednak wybitny spryt i genialna umiejętność łączenia faktów (chociaż i tym potrafi zaimponować), ale postępująca paranoja dnia codziennego - chorobliwe zamiłowanie do czystości i permanentna depresja. Rzecz jasna, nie jest to dramat w czystej postaci, mimo że problemy Monka rozpoczęły się wraz z tragiczną śmiercią żony, z którym faktem nie potrafi się pogodzić. Od tego czasu przestał pracować jako etatowy policjant, jest konsultantem przy trudniejszych przypadkach i wraz ze swoją asystentką prowadzi coś na kształt “prywatnej działalności”. Cudzysłów tu całkiem zamierzony, bowiem Monk jest najmniej odpowiednią osobą do nawet najmniejszego biznesu.

Adrian cierpi, jeżeli w jego świecie jest cokolwiek niesymetrycznego bądź w jakikolwiek inny sposób zaburza jego harmonię (dlatego zawsze kubki w szafce mają ucho w tę samą stronę, napoje w sąsiadujących naczyniach mają ten sam poziom, na talerzu musi znajdować się idealna liczba ziarenek ryżu etc). Nie lubi żadnych przejawów nieczystości, rękę podaje tylko przez rękawiczkę (ewentualnie wyciera ją w chwilę później w wilgotną chusteczkę jednorazowego użytku), pije wyłącznie wodę mineralną (zawsze tego samego producenta), nie rusza się bez podręcznego zestawu higienicznego itd. itd. Poza tym każdy jego dzień zakończony jest wizytą u specjalisty psychologa, który prowadzi sprawę Monka od wielu lat i zna go lepiej, niż niektórzy członków rodziny. To z nim Adrian analizuje wszystkie swoje (wyimaginowane) często problemy z codzienności, zawiłe relacje ze współpracownikami, a czasem wspomina Trudy, ukochaną małżonkę. Brzmi strasznie? Uwierzcie, Monka nie można nie lubić ;)

Co ważne, a częste ostatnie w dobrych produkcjach telewizyjnych - świat serialu nie zamyka się tylko na bardzo dobrym pomyśle na główną postać, ale mamy tu znowu cały przekrój znakomitych bohaterów drugoplanowych bądź epizodycznych. Mimo, że czasem są to kreacje trącące szablonowością (szczególnie para średnio rozwiniętych policjantów), to i tak budzą sympatię swoim komediowym wydźwiękiem. Osobne miejsce należałoby poświęcić dwóm niezwykłym asystentkom Monka, których poświęcenie dla pracodawcy sprawia, że może on w ogóle funkcjonować (nie piszę “normalnie”, bo nie jest to najlepsze określenie w jego przypadku ;) Warto jeszcze dodać, że w niektórych odcinkach trafiają się prawdziwe gwiazdy dużego ekranu, w postaci choćby Johna Turturro w roli brata detektywa (zresztą, równie pokręcone jak Adrian, cierpiącego na bardzo głęboką agorafobię). No i, rzecz jasna, nie sposób pominąć genialnego Tony’ego Shalhouba w roli Monka. Ale to temat rzeka, bo aktora doceniają nie tylko fani, ale również szacowne grono krytyków filmowych i jurorów akademii, którzy przyznali mu Złotego Globa i trzykrotnie Emmy.

Wystraszonych informacją, że to już szósty sezon, uspokajam - każdy odcinek jest zamkniętą całością, można więc włączyć się w dowolnym momencie i nie będzie problemów z odnalezieniem się w serialowej rzeczywistości. Dobra zabawa gwarantowana. A więc w czwartek o 21 wszyscy meldują się przed ekranem Canal Plusa.

Niezdecydowanym polecam jeszcze małą próbkę umiejętności Adriana Monka:

Już za około trzy miesiące start kolejnej edycji festiwalu Opener w Gdyni. A ponieważ jak zazwyczaj, ciekawych wydarzeń podczas tych trzech nadmorskich wydarzeń nie zabraknie, pora już dziś zacząć prezentację co niektórych artystów tegorocznego Heineken Music. Na pierwszy rzut Jay-Z. No dobra, żartowałem, o tym panu raczej nie napiszę ;) KNO z dumą przedstawia - Beirut.

Nie będę daleki od prawdy, jeżeli napiszę, że Beirut to przede wszystkim Zach Condon, genialny dwudziestodwulatek z Nowego Meksyku. Co prawda do udziału w produkcji pierwszego wydawnictwa przyznaje się również Jeremi Barnes z Neutral Milk Hotel, ale praktycznie cały album Gulag Orkestar został zarejestrowany przez Zacha samodzielnie w domu! Condon miał wówczas 19 lat, ale nie był to jego pierwszy kontakt ze światem muzyki, bowiem już mając 15 lat (jako The Real People) eksperymentował ze stylistyką lo-fi, a później jeszcze z doo-woop. Przełomowym, jak dotąd, momentem okazało się porzucenie Ameryki na rzecz Europy. Tam, w wieku 16 lat, Zach odkrywa Bałkany i muzykę Bobana Markovica.

Muzykę Beirutu bardzo trudno zaklasyfikować, a jeszcze trudniej o niej pisać. Tak naprawdę najlepiej ją poczuć. Pierwszy kontakt z nią bywa dosyć porażający, tak wiele pozornie nieprzystających do siebie nawiązań można bowiem tam znaleźć. Rzeczywiście można mieć wrażenie, że to wyraz utajonych tęsknot Ameryki za utraconą Europ, czy przynajmniej jej częścią. Zach eksploruje zapomniane rejony Bałkanów, skupiając się głównie na cygańskim folklorze. Czasami przypomina w tym metodę poszukiwań, jaką stosuje polski pisarz Andrzej Stasiuk - skupienie na prowincjonalności. Oczywiście, gdyby Beirut po prostu przeniósł tę stylistykę na grunt amerykański, nie byłoby to aż tak ciekawe zjawisko. Znajdziemy tam jednak również instrumenty hawajskie, melodie jak z meksykańskiego wesela oraz urzekający efekt tzw. americany.

Zach z młodzieńczym, niemal nastoletnim zaangażowaniem wkracza w muzyczny światek, stając się z miejsca jedną z jego ciekawszych postaci. Przejmujący wokal w połączeniu z szalonym wręcz geniuszem instrumentalnym (jego muzyka jest naprawdę bogata pod tym względem, pełno tam mandolin, ukulele, akordeonów, a także całej masy smyczków) jest chyba wystarczającą rekomendacją. Mimo dopiero dwóch długich albumów pod szyldem Beirut, już w tej chwili to zjawisko na miarę CocoRosie, Davandry Banhearta czy najlepszych zespołów kanadyjskiej sceny alt, z Arcade Fire na czele. Chcecie więcej? Wybierzcie się na koncert!

Zach gościł już w Polsce, podczas ubiegłorocznego Festiwalu Malta w Poznaniu. Niestety, dziwnym trafem przegapiłem ten występ, czego później bardzo żałowałem. Tym razem nie powtórzę tego błędu i koncert Beirutu jest najbardziej wyczekiwanym przeze mnie akcentem zbliżającego się Openera.

Jeśli istnieje muzyka, która nie jest ani szczególnie radosna, choć niewątpliwie energetyczna, ani też przesadnie smutna, choć przecież liryczna, to jest to muzyka formacji Beirut. Jeśli ktoś potrafi nagrać piosenkę, która w 3 minutach potrafi opowiedzieć jednocześnie o życiu i śmierci, to jest to Zach Condon. A jeśli macie ochotę przekonać się, czy są w was takie miejsca, które można poruszyć delikatną struną ukulele, sięgnijcie po tę muzykę.

Na zachętę oficjalna strona formacji oraz jeden z najciekawszych teledysków:

[dodano 04.04] Niestety, zmuszony jestem uzupełnić notkę fatalną wiadomością. Grupa Beirut odwołała wczoraj europejską trasę, w związku z czym nie wystąpi na festiwalu Opener. Oto oświadczenie Zacha Condona:

“Hello,
It’s with great regret that I have to tell all of you that Beirut is cancelling their summer European shows.  My reasons for doing this are many, some of which I don’t care to discuss, but I still feel I need to provide something of an explanation.

The past two years have been a mindblowing experience.  From the first indications that people were putting songs from Gulag up on their blogs to our incredible tour of Australia and New Zealand that we just completed, everything that has happened has been beyond anything I’d ever hoped could happen with the music I wrote and recorded in my bedroom. Once things started happening, I decided I wanted to do everything as big as possible.  So, I set about putting together a large band, and giving that band a huge sound, and making the most spectacular records we possibly could.

I know this can sound like an artist shithead kind of comment, but going through all that really does have its low points along with the highs. The responsibilities of gathering people around your vision, working with great people like those who work directly for the band and those at the label, wanting to insure that every show is as good as humanly possible so that every single person in the audience sees that we put in a real effort, all of that leads to a lot of issues in terms of doing right by people who have done you right.

It’s come time to change some things, reinvent some others, and come back at some point with a fresh perspective and batch of songs.

Please accept my apologies.  I promise we’ll be back, in some form.
Zach”


Fair play. Free Tibet.

Ta notka miała się tu znaleźć już jakiś czas temu, niestety, okazuje się, że praca na drugą zmianę niespecjalnie sprzyja pisaniu (tak naprawdę, to niczemu zresztą nie sprzyja). Ale nie o tym chciałem.

Nie będę wnikał w chronologię wydarzeń, nie wyobrażam sobie bowiem, żeby istniał aktywny uczestnik polskiej blogosfery, który nie słyszałby o tym, co ostatnio dzieje się w okupowanym Tybecie. Na kilka miesięcy przed Igrzyskami Olimpijskimi w Pekinie (mającymi w założeniu być sportowym, ale przecież nie tylko, świętem) dochodzi w tym kraju do aktów ludobójstwa. Nieważne są liczby czy daty, one są tylko metodą przemawiania do zdezorientowanych. Ważne, czy chcemy i możemy coś zrobić.

Temat jest złożony, jakie mamy bowiem metody walki czy chociażby przeciwstawienia się światowemu mocarstwu? Wśród wielu głosów w tej sprawie pojawia się kilka zdecydowanych koncepcji: bojkot igrzysk, bojkot gospodarczy czy choćby bojkot głównych sponsorów zawodów. Czy którakolwiek z nich ma szanse powodzenia?

Najpierw od tej najbardziej kontrowersyjnej - całkowity bojkot sportowej części igrzysk. Historia ruchu olimpijskiego zna już takie przypadki - Moskwa’80 i Los Angeles’84. Poza rozczarowaniem (wiem, że to eufemizm) zawodników, gest taki nie przyniósł praktycznie żadnych politycznych korzyści. Pamiętać trzeba poza tym, że dla zapaśnika, kolarza czy innego kajakarza, jego zawód nie różni się niemal niczym od pracy chociażby urzędnika państwowego. Oczywiście, reprezentuje swój kraj, czuje dumę, gdy widzi powiewającą na maszcie flagę narodową, ale przede wszystkim jego kariera to  sposób na zarabianie pieniędzy. Sportowcy także mają kredyty, kupują domy, muszą utrzymać rodziny. Dla niektórych z nich, igrzyska pekińskie mogą być jedyną okazją do zmierzenia się z najlepszymi w swojej dyscyplinie. Dlaczego więc to właśnie oni mają być bezpośrednim orężem w walce z chińską dyktaturą? Szczególnie, że sam Dalajlama sprzeciwia się takiej formie protestu.

Oczywiście, czym innym bojkot, a czym innym gesty poparcia dla Tybetu (osobiście zresztą wydaje mi się, że popieranie pewnej idei jest znacznie lepszym pomysłem, niż bojkotowanie innej; znacznie lepiej prezentuje się “pozytywny przekaz”).  Mam nadzieję, że władze ruchu olimpijskiego (zarówno tego światowego, jak i lokalnego) opamiętają się i przestaną straszyć dyskwalifikacjami za wyrażanie tego typu poglądów podczas pobytu sportowców w Tybecie. Małe flagi, znaczki, wstążki, kokardki - pomysłów na pewno nie zabraknie. Ważne, aby sygnał był prosty i przejrzysty - nie milczymy w tej sprawie.

A co pozostaje dla nas? Właściwie to samo - należy o tym po prostu mówić.  Mało? Pewnie mało, ale pamiętajmy, w jak dynamiczny sposób zmienia się współczesny świat i jak wielką już ma siłę Internet. Prawdopodobnie, gdyby nie powszechność sieci, wiele zdjęć czy filmów z masakry w Tybecie, nie dotarłaby do tak wielkiej liczby ludzi i nie poruszyłaby tak wielu sumień.

KNO oczywiście decyduje się wesprzeć szlachetną inicjatywę Free Tibet , akcję polskiej blogosfery (i nie tylko), solidaryzującej się z Tybetańczykami. W tej sprawie nie ma prostych rozwiązań, ale jedno jest jasne, nie wolno być obojętnym.

Dajmy znać Tybetowi, że nie jest sam. Pokażmy chińskim decydentom, co myślimy o ich działaniach. Powiedzmy naszym władzom, jakich deklaracji od nich oczekujemy. Pokażmy swoją solidarność.

Free Tibet!

Jeżeli ktoś w ostatnim czasie nie słyszał nic o premierze nowego albumu Nine Inch Nails Ghosts, to najprawdopodobniej musiał być w syberyjskiej wiosce, pozbawionej prądu, ale przede wszystkim Internetu. W nocy 2 marca rozpoczęła się rewolucja. Przyszłość rozgrywa się na naszych oczach.

Trent Reznor postanowił wydać tę płytę własnym sumptem, nie podpisując kontraktu z żadną wytwórnią. Oczywiście, nie jest w tym absolutnym pionierem, bowiem podobny manewr zrobiło Radiohead z albumem In rainbows. Podobny, ale jednak nie ten sam, a jak dobrze wiemy prawie robi zazwyczaj dużą różnicę.

NIN nie tylko udostępnili muzykę do ściągania bezpośrednio ze swojej strony, nie tylko pozwolili wziąć sobie pierwszą część Duchów absolutnie za darmo, ale po paru godzinach, gdy płytka znalazła się w sieci Bittorrent i na Pirate Bay - nic sobie z tego nie zrobili. Po prostu nie mieli nic przeciwko, żeby “dzielić się” muzyką. Od pewnego zresztą czasu Trent na koncertach zachęcał do tego typu “pirackiej” działalności. Szaleństwo? Ale z metodą.

Po pierwsze - było to znakomite posunięcie marketingowe. Przez dobrych kilka dni była to najpopularniejsza wiadomość wykopywana przez użytkowników serwisu digg.com, co oczywiście spowodowało absolutne zapchanie się serwerów grupy. Na szczęście fani są cierpliwi i wytrwale dobijali się do stronki z Duchami, następnie rozsyłając dobrą nowinę reszcie świata. Rewolucja.

Po drugie - jak się okazało już po tygodniu, Trent wcale nie zwariował i chce jeszcze trochę zarobić na muzyce. Nie poddał się po pierwszych, nieudanych eksperymentach z takim sposobem wydawnictw muzycznych, a gdy uderzył z dobrze znaną marką - osiągnął potężny sukces. Poza darmowym fragmentem kompozycji, ze strony można było ściągnąć pełną wersję w mp3 za 5$ (!) oraz kupić Ghosts na cd za jedyne 10$ (!).  Dostępne były również wydawnictwa de-luxe: 75$ za dvd i blue-ray oraz 300$ za limitowaną edycję z winylami, zdjęciami, książką i osobistym podpisem Trenta Reznora. I co się okazało? Po kilku dniach skończył się nakład najdroższej wersji! A po tygodniu NIN zarobili prawie 1,6 mln. dolarów, na niemal 800 tys. transakcji. Rewolucja dzieje się na naszych oczach.

Fani doszli po prostu do wniosku, że jeżeli artysta jest z nimi szczery i otwarty, to warto go docenić. 5 dolarów to symboliczna kwota nawet na polskie warunki, tym bardziej w realiach amerykańskich, dlatego przypuszczam, że nawet ci, którzy ściągnęli album z p2p zdecydowali się później zapłacić Reznorowi. A ci, którym spodobało się preludium do całości, zapragnęli mieć resztę w “normalnej” wersji płytowej. I Trent wygrał.

Wraz z wersją mp3 otrzymujemy “książeczkę” w formacie pdf oraz całą serię innych gadżetów, w postaci chociażby tapet na pulpit. Dodatkowo, ponieważ album został wydany na licencji Creative Commons, każdy ma prawo sobie z niego w dowolny sposób np. samplować - już czekam aż pojawią się fanowskie płyty z remiksami. NIN nie nadali też utworom żadnych tytułów, jedynie je numerując, zachęcając tym samym słuchaczy do własnej twórczej inwencji w nazywaniu poszczególnych fragmentów oraz przygotowywaniu video ilustracji do nich. Trent obiecał, że z najlepszych skomponuje film, na początek w YouTubie, a potem być może do trasy koncertowej.

Reznor osiągnął jeszcze jedną niebagatelną korzyść - zdobył potężną bazę adresów e-mail swoich fanów. Miejmy nadzieję, że zgodnie z jego twierdzeniami, będzie potrafił z nich korzystać w rozsądny sposób.

A muzycznie? Muzycznie Ghosts zasługują na osobną notkę. Już wkrótce.

Na razie zapraszam na oficjalną stronę projektu oraz na krótki fragment płyty:

Dzisiaj nietypowo, bo o trochę innym wymiarze kultury popularnej, znacznie bliższej pojęciu kultury ludycznej. W ostatnich kilku dniach miałem okazję powrócić na chwilę do Irlandii i tak się szczęśliwie złożyło, że akurat trafiłem na Dzień Św. Patryka w Dublinie. Mimo, że nie był to najważniejszy akcent mojego wyjazdu, to i tak dość niecierpliwie wyczekiwałem 17 marca. Oczywiście, na znacznie mniejszą skalę święto to jest obchodzone również poza “szmaragdową wyspą”, ale zobaczenie tej uroczystości w jej oryginalnym środowisku jest naprawdę bezcenne.

Od kiedy mieszkam w Poznaniu, staram się zawsze uczestniczyć w paradzie świętomarcińskiej, mającej miejsce 11 listopada każdego roku. W Polsce to właściwie jedyna tego typu okazja, aby wspólnie coś świętować, z dala od patetycznej i pseudopodniosłej atmosfery poważnej imprezy. Gdybym wierzył, że to coś zmieni, namawiałbym polskich polityków i innych decydentów do wyjazdu do Dublina i zapoznania się z tym, w jak inny sposób można organizować celebrację podobnych dni. Ale wiem, że później i tak mielibyśmy kolejne nudne apele i salwy armatnie.

Poznański św. Marcin jest tutaj chlubnym wyjątkiem; ci, którzy dobrze czuli się pośród ton słodkich rogali powinni koniecznie wybrać się na irlandzkiego św. Patryka. W tym roku paradę oglądało ponad 600 tys. mieszkańców Dublina i specjalnie przybyłych do miasta turystów. Atmosferę świetnej zabawy czuć było już kilka dni wcześniej, ulice zapełniły się bowiem setkami ludzi z zielonymi akcentami w garderobie, z doklejonymi rudymi brodami, w kapeluszach, szalikach i koszulkach w irlandzkich barwach. W dniu parady nie brakowało też zielonych koniczynek na twarzach czy zielonych włosów. Jednym słowem, próżno by szukać tego dnia kogoś niezadowolonego (malkontenci zostali w domach).

Co rzucało się w oczy - Irlandczycy są dumni z tego, że są Irlandczykami. Ich historia, szczególnie ta współczesna, w wielu miejscach zbieżna jest z historią Polski, a jednak podejście do własnej narodowości jest zgoła różne. Irlandczycy cieszą się swoim krajem, ich narodowe symbole są dla nich powodem do prawdziwej radości, a święto narodowe - okazją do wspólnej zabawy. Dzień wolny od pracy spędza się nie przed telewizorem czy na zakupach, ale na rodzinnej wyprawie do centrum miasta i pełnym uśmiechu popołudniu. Ta pozytywna atmosfera udziela się również cudzoziemcom, którzy na ten dzień także przywdziewają flagi w irlandzkich kolorach. Cały Dublin staje się na parę godzin wielokolorowym, szczęśliwym tłumem.


Sama parada przebiega w myśl zasady: “dla każdego coś miłego”. Prezentacja reprezentacyjnych oddziałów wojsk, orkiestry dęte, połykacze ognia, szczudła, kolorowe wstęgi, muzyka i inne podobne akcenty. Nie zabrakło również elementów charakterystycznych dla licznych w Dublinie mniejszości narodowych. Pozornie, nie ma tam nic wyjątkowego, ale wszystko to w połączeniu z niezwykłą wręcz tego dnia otwartością gospodarzy daje bardzo przyjemny efekt. Jest po prostu sympatycznie i byłoby dla nas dużą korzyścią, gdybyśmy nauczyli się czegoś w tym temacie od Irlandczyków.
Zainteresowanych zapraszam jeszcze do trochę bardziej rozbudowanej galerii z mojego wyjazdu.

Nie jestem specjalistą w dziedzinie kryminału, ale od pewnego czasu zacząłem doceniać ten gatunek filmu. Oczywiście, czarne kryminały sprzed lat są klasą same dla siebie, więc nie o nich będzie mowa (a przynajmniej nie dziś).  Tym razem słów kilka o produkcji, która miała być świetną rozrywką na długi wciąż wieczór i skutecznie go zapełnić, a wyszło, jak wyszło.

Sleuth miał wszelkie możliwości, żeby spełnić wymagania dobrego filmu. Po kolei: świetny pierwowzór (pod tym samym tytułem, z 1972 roku, autorstwa Josepha L. Mankiewicza), znakomity scenariusz autorstwa, uwaga, samego Harolda Pintera (a więc laureata Literackiej Nagrody Nobla z 2005 r.), niezłego reżysera (znany miłośnik Szekspira w każdej postaci, Kenneth Branagh) oraz dwójkę wybitnych aktorów - Jude’a Lawa oraz Michaela Caine’a (jako ciekawostkę dodam, że grał również w wersji oryginalnej, tylko oczywiście odtwarzał tam inną postać). Jak się jednak okazało, wszystko to było za mało.

Akcja jest bardzo prosta - doświadczony wiekowo i życiowo bogaty pisarz (Caine) zaprasza do swojej posiadłości młodego i przystojnego aktora (Law), który romansuje z żoną popularnego literata. Każdy rzecz jasna próbuje ugrać coś dla siebie - starszy głównie szuka zemsty, która ma wnieść emocje do jego wyjałowionego już życia, a młodszy walczy o rozwód dla swojej kochanki, a więc o możliwość ich dalszego bycia razem. Brzmi nieźle? Niestety, na tym się kończy.

Film nie jest szczególnie długi, ale niemiłosiernie się dłuży. Oczywiście, można by przyjąć, że to wymogi konwencji, ale wcale to nie działa na jego korzyść. Reżyser założył sobie bowiem, że będzie to de facto teatr telewizji, tylko, że oglądany na większym ekranie. Ci, którzy pomyśleli sobie teraz, że to dobry pomysł, na pewno nie widzieli jeszcze Sleuth. Aktorski pojedynek, na który widzowie ostrzyli sobie zęby okazuje się bowiem pokazem sztuczności i przerysowanej do granic rozsądku gry. Oczywiście, aby utrzymać napięcie, mając do dyspozycji zaledwie dwójkę bohaterów, dodatkowo pojawiających się wyłącznie w ograniczonej i zamkniętej przestrzeni, trzeba być niemal mistrzem reżyserskiego warsztatu. Ale czy to, że Branagh okazał się nim nie być, rozgrzesza go choćby w najmniejszym stopniu?

Zresztą im dalej, tym gorzej. Reżyser raczy coraz to bardziej wymyślnymi ujęciami, z niezwykłą wręcz dbałością skupiając się na zupełnie nieistotnych detalach scenografii i bardzo wyraźnie podkreślając w ten sposób, że to, co widzimy to dekoracja. Taka umowność sprawdza się w prawdziwym teatrze, ale na ekranie kinowym co najmniej dziwi. Kilka sprawnie wyuczonych sztuczek, ale nic poza tym. Twórcza pustka. Kwintesencja stwierdzenia o przeroście formy nad treścią.

Tak naprawdę, do końca nawet nie wiadomo, co jest główną osią pojedynku między bohaterami. Wydawać by się mogło, że chodzi o kobietę, ale w pewnym momencie Branagh przenosi środek ciężkości na, nieumotywowaną niczym, relację homoerotyczną postaci. Zupełnie niezrozumiały zabieg, dla którego nie widzę innego wyjaśnienia, jak tylko dodatkowe i zupełnie niepotrzebne pogmatwanie sytuacji. I oczywiście skonfundowanie najbardziej wytrwałego widza.

Omijać z daleka, chyba, że chcecie przetestować własną cierpliwość.

Tym razem wyjątkowo nie wrzucam trailera filmu, bo mógłby kogoś wprowadzić w błąd. W zamian, promo oryginalnej wersji:

Next Page »