Na jakiś czas zawieszam swoją aktywność w tym miejscu.

Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze znaleźć coś, co skłoni mnie do ponownego pisania o tym, o czym chciałem tu pisać.

Pozwólcie, że podzielę się jeszcze, przypomnianym sobie właśnie, małym kawałkiem piękna:

Perełka.

Takiego rogala znalazłem wczoraj za 99 groszy. Nie pamiętam, ile on kosztował w dublińskim markecie, pamiętam za to, że byłem wtedy cholernie głodny. Cholernie mi smakował, jak wkraczałem na O’Connell Street to już nie byłem głodny.

(Zastanawiam się w jakim celu pamiętam takie rzeczy. Mam nieodpartą potrzebę pozbycia się tej przypadłości.)

Na lotnisku stała wielka maszyna z batonami, powoli i mozolnie wygrzebywałem ze wszystkich kieszeni ostatnie eurocenty i przygotowywałem sobie przekąski na lot. Potem, kiedy zasnąłem, jeden z tych batonów rozpłynął mi się w dłoni.

(Czy z tego coś wynika?)

D. mówi mi, żebym nie kupował muffinki, bo brzuch mi urośnie jeszcze bardziej. Zamiast tego biorę z półki sok marchwiowy. Okazuje się, że D. chce iść na imprezę piracką, ale jest w spodniach od piżamy i na boso.

(A to mi się na szczęście tylko śni.)

Zobaczyć światło. Zadzwonić. I wejść.

Tak tylko przelotem, z informacją i prośbą.

Od wczoraj wygasła moja domena kulturanaostro.pl i na razie blog będzie dostępny tylko pod adresem htpp://www.kulturanaostro.wordpress.com

Wszystkich, którzy linkowali do mnie, mieli mnie w czytnikach czy rssach, proszę o chwilę zachodu i zmianę.

W nagrodę otrzymacie wiersz, który za mną ostatnio chodzi

I'm not going to cry all the time
nor shall I laugh all the time,
I don't prefer one "strain" to another.
I'd have the immediacy of a bad movie,
not just a sleeper, but also the big,
overproduced first-run kind. I want to be
at least as alive as the vulgar. And if
some aficionado of my mess says "That's
not like Frank!", all to the good! I
don't wear brown and grey suits all the time,
do I? No. I wear workshirts to the opera,
often. I want my feet to be bare,
I want my face to be shaven, and my heart--
you can't plan on the heart, but
the better part of it, my poetry, is open.

Frank O'Hara, My heart

A jednak się udało, wytrwałem w tm miejscu już cały rok. Nie ma co prawda czego świętować, ale w końcu każda okazja jest dobra, żeby się podzielić zacnymi nowinami.

U, jak zawsze niezawodnego, red. Chacińskiego znalazłem dziś info o ukazaniu się składanki na 30 urodziny wytwórni 4AD. Projekt to naprawdę niezwykły, bo zbiera niemal wszystkich moich ukochanych artystów, tracklista wprost rzuca na kolana. Bon Iver, Antony, Sufjan Stevens, Grizzly Bear, Feist, Arcade Fire, Beirut, Conor Oberst, Beirut, Cat Power, Blonde Redhead. I to oczywiście nie wszystko, łącznie mamy tu 31 utworów na 2 płytach. Premiera wydawnictwa miała miejsce 16 lutego, niestety, jak do tej pory w Polsce nie ma żadnej dystrybucji. Można jednak oczywiście próbować zdobyć ją w zagranicznych sklepach wysyłkowych, co zamierzam zresztą niezwłocznie poczynić. Przedsmak niezwykłych emocji można znaleźć  na majspejsowej podstronie. Bardzo mocno polecam szczególnie You are the blood Sufjana, całkowicie niecharakterystyczne dla tego, co dobrze znamy, przypominające początkowo Radiohead z okresu Kid A, ciągnące się przez całe 10 minut, z wyjątkowo emocjonalną partią klawiszową.

Druga dobra wiadomość jest taka, że Zach Condon już chyba nie ma doła, co potwierdza wydanie przez zespół Beirut podwójnej epki zatytułowanej March of  the Zapotec. Wydawnictwa jeszcze nie znam, ale jest już dostępne do kupienia w Europie. Beirut powraca też na szlak koncertowy, z na razie dostępnych informacji wygląda, że najbliżej nas będzie w Hamburgu. Ale gdyby ktoś miał ochotę na majówkę w Londynie, to w tamtejszym Forum zagrają 8. Bilety lotnicze są jeszcze całkiem tanie.

I jeszcze jedna dobra nowina, w poniedziałek pojawił się nowy singiel Animal Collective, tym razem My girls.  A ponieważ Merriweather post pavilion jest wciąż nieodwołalnie największym kandydatem do płyty całego roku, w kąciku multimedialnym nie mogłem nie zrobić sobie samemu prezentu:

A już na sam koniec pochwalę się jeszcze poezją otrzymaną za pośrednictwem mojego serdecznego druha Maćka (pozdro bracie!):

Gdy pierwsze urodziny obchodzi KNO
Nikt nie myśli, że to dno.
Choć są zawistni dziennikarze,
Co pisać im na różne tematy ktoś każe,
To nikt nie śmie polemizować z KNO,
Bo wie, że KNO to mistrzostwo.
M to prowadzi, M to pisze, M o to dba…
Jak długo wytrzyma? Lata dwa?
Wierzymy, że dłużej pisać będzie
i ludziom podłym kultury w ich życiu przybędzie.
I wyjdą z antyintelektualnego levelu jestestwa swego,
By dać świadectwo kulturalnego ego.
Autor: Isabelle
Tomik: O czym masz pamiętać, Kazimierz?

Dobry wieczór, a może dzień dobry Państwu, dziś piszę do Państwa z pokładu potężnego okrętu wojennego, którego nagle trafił emocjonalny pocisk.

Na pocisku odkryto napis Dagadana, okazało się, że wystrzeliły go zjednoczone siły polsko-ukraińskie, chwilowo stacjonujące w poznańskim klubie Dragon.

Nie tłumaczę się stanem wyższej ekscytacji, całkiem na trzeźwo też nie byłbym w stanie rozłożyć struktury tej muzyki na czynniki pierwsze. I szczerze mówiąc, mam to gdzieś. Bo liczy się dla mnie ten moment, kiedy dzięki dźwiękom czułem się szczęśliwy. Serio, się wzruszyłem.

Klimatyczna siedziba Małego Domu Kultury, ukryta tego wieczoru pośród gęstniejącego na ulicach śniegu. Wiecie, że lubię Poznań. Dziś go kochałem. I tam, Daga z Poznania, Dana ze Lwowa i Miko z Częstochowy. Klasyczne klawisze, kontrabas oraz wszelkiego typu elektroniczne zabawki i innego typu przeszkadzajki. I dwa głosy, wyjątkowo się uzupełniające.

Wszystko gra, muzyka z akademii, tradycyjne elementy folkowe, jazzowe szaleństwo i bardzo dzisiejsza zabawa syntetycznym bitem. Do tego jeszcze dużo dystansu, poczucia humoru, śmiechu, wrażliwości, subtelności. Coś tam czasem zgrzytało, ale mimo tego i tak wyczuwałem w powietrzu taki wyjątkowy rodzaj napięcia. Teraz to napięcie noszę pod skórą, można je wyczuć nawet na odległość. Nie chcę się go pozbywać.

Proszę Państwa, tyle bym Państwu chciał jeszcze powiedzieć. Ale jest ze mną pamiątka z wieczoru w postaci płyty, choć bez autografu Dany, bo właśnie poszła do garderoby. I tak coś czuję, że zamiast spać, jak na grzecznego chłopca przystało, to będę słuchał i słuchał; i zakochiwał się dalej.

Państwo się nie martwią, jak Państwo przyłożą uszko, o tutaj, to Państwo usłyszą calutką EPkę Dagadany, która to nazywa się Wygadana. Po dwóch godzinach koncertu wygląda na to, że materiału mają znacznie więcej.

W najbliższych miesiącach projekt odwiedzi jeszcze kilka miast, do Poznania wracając w maju. Polecam.

A teraz gaszę światło i zanurzam się. Wokoło pływają jeszcze pojedyncze ukraińskie słowa, których nie rozumiem, ale które brzmią dla mnie jednocześnie pięknie i tajemniczo.

Co za cudowny dzień.

Mityczny kryzys znów atakuje. Najpierw dopadł Boyle’a, a teraz jego ofiarą stał się Darren Aronofsky. I nawet trudną to nazwać piękną katastrofą, bo to zwyczajna porażka.

Wrestling (zwany czasem amerykańskimi zapasami) nie jest u nas ani popularny, ani poważany. Pamiętam, że jak byłem dzieckiem, pokazywała to jakaś stacja w stylu TV4 i oglądałem to z bratem i kuzynami. Oczywiście była to dla nas całkowita zgrywa, a naszym ulubionym elementem tych transmisji był polski komentarz przygotowywany przez dwóch dziennikarzy sportowej Trójki, obfitujący w emocjonalne krzyki typu “uch, to musiało boleć”. W pewnych okolicznościach przyrody było to nawet śmieszne, ale nie brałem tego w ogóle na serio.

A tu nagle, jeden z moich ulubionych reżyserów funduje mi śmiertelnie poważną opowieść o takim właśnie zapaśniku. The Ram ma swój styl ringowy, odpowiedni kostium i oczywiście efektowny “cios kończący”. Ma też lata świetności za sobą, ma niepoukładaną sytuację z córką i ma problemy ze zdrowiem. Mówiąc krótko – w życiu mu nie wyszło.

Problemem Wrestlera jest to potworne nagromadzenie wszelkich możliwych nieszczęść. Rourke ma oczywiście znakomitą kreację, ale mimo wszystko – ta historia pozostawiła mnie całkowicie obojętnym. Muzyka Clinta Mansella tradycyjnie już umiejętnie buduje nastrój niektórych scen, jednak i tak sprawia to wrażenie, że film wyzbyty jest prawdziwych emocji i pusty w środku. A może inaczej, za dużo tu schematów. Wznosząc się na wyżyny łaskawości nie skomentuję sceny finałowej, poprzedzonej jakże podniosłą przemową Rama. Chyba sam Barrack Obama by się jej nie powstydził.

W kąciku multimedialnym nie będzie żadnych trailerów czy innych fragmentów filmu. W zamian za to, zapraszam na pokaz umiejętności wrestlingowego mistrza świata i okolic, Diamonda Dallasa Page’a. Publiczność szaleje.

Bardzo chciałbym zostawić tu dziś jakiś ślad, ale wiem, że jeśli to zrobię, będę się tego po przebudzeniu bardzo wstydził.

Zamiast tego szukam jakiegoś dobrego cytatu i też nie mogę znaleźć. Moja postmodernistyczna przypadłość jest mi teraz całkowicie nieprzydatna.

Mam ochotę na stare kino. Amerykański czarno-biały film. Może być z Bogartem.

Chciałbym być Bogartem.

I mam ochotę na czerwone wino. Usiąść na parapecie, na balkonie i pić prosto z butelki. I patrzeć na te wszystkie bloki, słuchając na przykład Cat Power. I gdybym palił papierosy, to bym zapalił, ale nie zapalam.

Albo być znowu w Krakowie. I łazić, dajmy na to, po Kazimierzu. Wejść do knajpy, zamówić wódkę. Spojrzeć na dziewczynę przy stoliku obok. Dziewczyna ma piegi i rude włosy. Pije kawę, czarną, bez cukru. Uśmiechnąć się chłodno, obojętnie. I tyle.  I spróbować, żeby mi się to nie kojarzyło i o niczym nie przypominało.

W Krakowie jest pewien znany poeta, występujący również w znanym zespole o charakterze muzycznym. Poeta ten ma sukę-boksera. Naprawdę ma, widziałem ich kiedyś pod Wawelem. Naprawdę.

Poeta z Krakowa pasuje prawie zawsze:

“Telling me I can do anything I want is like pulling the plug out of the bath and then telling the water it can go anywhere it wants. Try it, and see what happens. ”

Nick Hornby, A long way down

Powinienem się już przyzwyczaić, że nie warto planować. Chociaż takie niespodzianki to ja poproszę bardzo częściej.

Słynna wytwórnia Sub Pop po wielu znakomitych albumach z zeszłego roku, już zapowiada kolejne udane miesiące. 17 lutego będzie miała miejsce premiera nowego wydawnictwa formacji Vetiver – Tight knit.

To już czwarty ich krążek, ale pierwszy dla labelu ze Seattle. Grupa pewnie jest kojarzona przez zwolenników amerykańskiej sceny altfolk czy altcountry, a nawet jeśli nie, to rozpoznawane powinny być nazwiska przewijających się tam muzyków. Mózgiem zespołu jest Andy Cabic, a na wcześniejszych produkcjach udzielali się chociażby Devendra Banhart czy Joanna Newsom. I wszystko jasne.

Dobra wiadomość jest taka, że płyty można (nie wiem jak długo) odsłuchiwać za całkowite darmo na LastFM. To już kolejna tego typu inicjatywa, niedawno w ten sposób promował się Nikolai Fraiture.

Ja zostałem urzeczony, po trzykrotnym przesłuchu nie miałem już wątpliwości, że znowu chcę spadać na jakąś amerykańską prowincję. Dużo słońca w tej muzyce, co teraz przyda się nam tu bardzo (w Poznaniu się zrobił dziś jakiś podły mix śniegu z deszczem). Gdzieś tam pobrzmiewa Kalifornia, bardzo spodobał mi się cytat ze strony wydawcy: “dreamy, gentle songs that George Harrison would have written in some sunny country garden.”

To co? Przykładamy uszko.

Edit: A już w marcu proszę wypatrywać nowego krążka Handsome Furs. Zapraszamy do Kisielic ;)

PS. I jeszcze wiadomość z ostatniej chwili i wreszcie dobra wiadomość openerowa – oficjalnie potwierdzeni zostali Kings of Leon. No!

Słowo wytrych ostatnich miesięcy. Wszyscy mówią tylko o tym i mam czasem niejasne przeczucie, że to takie samospełniające się proroctwo.

Kurs franka szwajcarskiego wynosi już ponad 3 złote.

W każdym razie u mnie zadziałało. Wiem, wiem, takie wpisy to samo zło, sam ich nie lubię u innych. Ale tyle się dzieje, a nie bardzo wiem od czego zacząć. Spróbuję dziś chociaż hasłowo.

Zakochałem się. W nowej płycie Animal Collective. Wszyscy już o niej napisali, to ja dodam na razie tylko, że jestem naprawdę urzeczony, jak już dawno niczym nigdzie.

W kwestii marzeń na ten rok dopisuję kolejną pozycję – zobaczyć Stereolab w Krakowie. Poza tym chciałbym jeszcze zobaczyć Gang Gang Dance, gdyby ktoś ich jednak zaprosił. I M83. Bardzo.

Skoro o koncertach już, jak do tej pory openerowe zapowiedzi są ogromnym rozczarowaniem i w tej chwili jestem na nie. Dużo lepiej prezentuje się nowa inicjatywa pod nazwą Selector, znów w Krakowie. Orbital, CSS, New Young Pony Club czy Dizzee Rascal brzmią na razie lepiej niż Placebo, The Ting Tings czy Duffy. Niecierpliwie czekam także na pierwsze newsy z obozu Off Festiwalu, który w tym roku również będzie o jeden dzień dłuższy.

Za oceanem rozpoczęła się już piąta seria Lost, mówcie co chcecie, ale mi się nadal podoba. Niestety, w odróżnieniu od wszystkich nowości (True blood czy Sons of anarchy), na których ostatecznie nie dałem rady i musiałem odpuścić. Drugi sezon Californication mnie znudził, tylko trzeci Dexter jeszcze trzymał poziom. Nadrabiam za to zaległości okołositcomowe i bardzo polubiłem dwie produkcje: How I met your mother oraz The Big bang theory. Każda zasługuje na coś więcej niż wzmianka, więc tak się właśnie stanie, wkrótce. Aha, zaliczyłem jeszcze pilota Lie to me z Timem Rothem w roli “naturalnego wykrywacza kłamstw”. Trochę drętwe dialogi, ale zobaczę jeszcze, czy to ma szansę się rozwinąć.

Parę filmów się jeszcze zdarzyło po drodze, najbardziej na świeżo mam Slumdoga, który mimo wielu zachwytów i poleceń mnie rozczarował. Być może na zbyt wiele liczyłem, albo się zwyczajnie nie znam, ale nie jest to dla mnie żadne wielkie kino. OK, można to obejrzeć bez większej żenady, ale cała historyjka jest na tyle przewidywalna, że właściwie po napisach początkowych wiadomo, jak się skończy. Mało tu jakoś Boyle’a, może poza delikatnymi fragmentami z początku filmu, gdzie dało się dostrzec charakterystyczne kadrowanie i prowadzenie kamery. Kolory były ładne, muzyka była niezła (największy plus za podwójną M.I.A.). Ale ta końcówka? Pewnie się powinienem wzruszyć, a tu, cholera, same szyderstwa mi do głowy przychodziły.

W kąciku multimedialnym dziś moje wyobrażenie szczęścia:

I tutaj mówię już dobranoc Państwu, ale ja tu jeszcze wrócę. Nawet, jeżeli frank szwajcarski jednak nie stanieje.

P.S. Jeszcze mi się przypomniało, że jakby się tylko dało, to powtórzyłbym motyw uskuteczniony przez Justina Vernona (znanego obecnie jako Bon Iver). I pisał do Was od następnego razu już z chatki gdzieś w Wisconsin. To chyba zacznę od brody w takim razie.

kiedy piszę ten list do Ciebie,
ulicami płynie 100 % naturalny sok pomarańczowy
tak sobie środkiem ulicy, tak na przekór, tak po prostu
a ja sobie przez okienko obserwuję
te zajścia nieziemskie
i kochliki mi wędrują po pokoju całym
a też w kolorze pomarańczy jak najbardziej
i pewnie chcesz wyjaśnień mego urojenia
pewnie zapytujesz się o te dziwactwa
które właśnie mają miejsce
już się tłumaczę
zaraz ci opowiem
chodź tu bliżej
wystaw uszko
teraz szepczę na dobranoc dzień dobry prawdę całą

(za Fiszem)


Następna strona »